Rozważanie Ewangelii według św. Marka


Tytuły rozważań


ROZDZIAŁ 1


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16


JAN CHRZCICIEL

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym.1 Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją.2 Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki!3 Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów.4 Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając [przy tym] swe grzechy.5 Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym.6 I tak głosił: «Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów.7 Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym».8 (Mk 1,1-8)

Jezus Chrystus, Syn Boży

„Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym.” (Mt 1,1) Te pierwsze słowa Ewangelii według św. Marka ukazują fundament wiary, która rozszerzyła się na cały świat. Chrześcijanie wierzą w Ewangelię, czyli w Dobrą Nowinę. A jest nią to, że prawdziwy Syn Boży, równy Ojcu, Druga Osoba Trójcy Przenajświętszej, przyjął ludzką naturę. Jako człowiek otrzymał imię Jezus, to znaczy „Bóg zbawia”. Jest On Bogiem zbawiającym, oczekiwanym Mesjaszem, czyli Chrystusem. Każdy jego uczeń jest powołany do życia w jedności z Nim. On bowiem jest potężną i niezniszczalną skałą, na której można bezpiecznie wznosić budowlę swojego życia. Żadne powodzie, burze, wichury nie zniszczą domu, który nie na piasku różnych modnych ideologii, lecz na Jezusie Chrystusie, Synu Bożym, został zbudowany (por. Mt 7,24-27). Wierzący w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, przyjmują słowa Jego Ewangelii, aby prawidłowo formować swoje życie. Nie są traktowane jako ograniczenie wolności, lecz jako Radosna Nowina o tym, że dzięki budowaniu swojego życia na zmartwychwstałym Chrystusie można wejść do mieszkania w domu Ojca i tam zamieszkać na wieczność. Ewangelia zawiera słowa zawsze aktualnej prawdy o wierności Bożej miłości, która chce i potrafi pomóc budować dom swojego życia, a nawet wznosić go ciągle na nowo, gdy uległ zburzeniu przez wichry i powodzie grzechu.

Pan jest blisko!

„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki!” (Mk 1,3) Te słowa przekazują istotę posłannictwa Jana Chrzciciela: był głosem na pustyni, uformowanym przez Boże światło. Jego głos został ukształtowany przez Ducha Świętego, dlatego nie mówił o sobie, lecz wzywał do przygotowania Panu drogi. Jan był głosem na pustyni w podwójnym znaczeniu: dosłownym i w przenośni. Faktycznie, żył na pustkowiu i tam przychodzili ludzie, aby słuchać jego pouczeń. Ale pustynią bez życia stały się wszystkie narody ziemi i ludzkie serca, bo nie miały w sobie Życia, którym jest Bóg. I na takim właśnie duchowym pustkowiu zabrzmiał głos Jana Chrzciciela. Nawoływał do przygotowania – w swoim życiu pełnym pokrętnych dróg – przynajmniej jakiejś jednej prostej ścieżki. Pan bowiem postanowił przyjść na pustkowie świata, na pustynię ludzkich serc, i potrzebował takiej właśnie przynajmniej trochę „wyprostowanej” ścieżki, aby mógł na niej stanąć i stać się obecnym w ludzkim życiu. Taką „prostą ścieżką” powinna być prawa wola człowieka, która pragnie dobra i ubolewa z tego powodu, że nie zawsze je wybiera. Głos Jana Chrzciciela wołał: „Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki!” W tym nawoływaniu znajdowało się nie tylko wezwanie do „wyprostowania” swojej woli, lecz także radosna nowina o bliskości Pana w Osobie Syna Bożego. Tę Dobrą Nowinę znała już Maryja i jakieś wybrane osoby, którym Bóg zechciał objawić tajemnicę swojego przyjścia i obecności wśród swoich stworzeń. Oto już nadchodził Ktoś mocniejszy od Jana Chrzciciela. Nadchodził – a nawet już był obecny – Syn Boży, który stał się człowiekiem, lecz jeszcze się ukrywał za zasłoną swojej ludzkiej natury.

Jan Chrzciciel – pokorny głosiciel większego od siebie Jezusa, Dawcy Ducha Świętego

„I tak głosił: «Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym».” (Mk 1,7-8) Na pustkowiu, na którym żył, i na pustyni świata, którą były pozbawione życia Bożego ludzkie serca, Jan Chrzciciel głosił przyjście Tego, który będzie posiadał moc zamienienia każdej pustyni w przepiękny ogród. Tak się stanie z każdym sercem podobnym do pustyni, jeśli pozwoli się Jezusowi ochrzcić Duchem Świętym. On bowiem zstąpi na tę jałową pustynię i nawodni ją swoją rosą i posadzi na niej piękne duchowe rośliny: ufnej wiary, nadziei, miłości i innych cnót. Będzie w stanie to zrobić, ponieważ jest Duchem Świętym, Bogiem wszechmogącym. Zarówno za czasów Jana Chrzciciela jak i przed nim, i w naszych czasach pustynia świata potrzebuje potęgi Ducha Świętego. Potrzebuje Jego Chrztu, Jego Boskich nasion i Boskiej wody. Ta woda i te Boskie nasiona potrafią zmienić oblicze ziemi, czyli z pustyni zamienić ją w ogród pełen piękna i życia. Aby tak się stało, trzeba nam wołać: „Przyjdź, Panie Jezu! Przyjdź Duchu Święty i odnów oblicze tej zamienionej w duchową pustynię ziemi! „Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając [przy tym] swe grzechy.” (Mk 1,4-5) My żyjemy na innej pustyni – na duchowej pustyni. Na tej pustyni jednak żyje Nieśmiertelny Syn Boży; żyje na niej zmartwychwstały Chrystus, który dniem i nocą woła: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” (Mt 11,28-30) Jeśl ktoś posłucha głosu Jego wezwania i pozwoli się przyciągnąć do Jego Boskiego Serca, zostanie ochrzczony Jego Chrztem, czyli zostanie zanurzony w Duchu Świętym, zostanie Nim napełniony. Wtedy na pustkowiu serca wyrośnie mocna wiara, Boża miłość, nadzieja, pokora i wiele innych cnót, które jak przepiękne kwiaty ozdobią duchowy ogród ludzkiego serca.

Wyprostowana lub kręta ścieżka wolnej woli człowieka

„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki!” (Mk 1,3) Jan Chrzciciel wzywał do prostowania ścieżek dla przychodzącego Chrystusa. To wezwanie odnosi się do każdego człowieka. Aby Syn Boży, Jezus Chrystus, mógł wejść do serca ludzkiego i zbawić człowieka, jedna „ścieżka” dla Niego musi być wyprostowana przez samego człowieka. Tą ścieżką jest jego wolna wola, która dokonuje wyborów: wybiera Boga lub Go odrzuca; grzech i zakłamanie albo dobro; miłość lub nienawiść, poświęcenie lub egoizm.
„Wyprostowana” ścieżka wolnej woli to autentyczne otwarcie się człowieka na prawdę i dobro, natomiast „kręta i wyboista” ścieżka ludzkiej woli to udawane poszukiwanie prawdy i pozorne szukanie dobra, będące w rzeczywistości marną osłoną egoizmu, szukania siebie i lekceważenia tego, co naprawdę szlachetne jest w oczach Bożych. Wyprostowanie ścieżki wolnej woli lub uczynienie jej „krzywą, krętą i wyboistą” zależy wyłącznie od samego człowieka. Tylko od niego samego! Nic i nikt nie potrafi go w tym wyręczyć i zastąpić. Drugi człowiek nie potrafi tego zrobić, a wszechmogący Bóg nie chce tego uczynić, gdyż musiałby zniszczyć wolną wolę, którą podarował jako niezwykle cenny dar swojemu rozumnemu stworzeniu.
Łaska Boża przynosi w człowieku owoce tylko wtedy, gdy trafia na „prostą” ścieżkę dobrej woli. W człowieku szukającym dobra i prawdy bez przerwy wzrasta Chrystus. I przeciwnie, jeśli człowiek ma swoją wolną wolę zdeprawowaną – czyli wolę przypominającą ścieżkę „krętą i wyboistą” – to po takiej drodze Zbawiciel nie chce się poruszać, bo człowiek bez przerwy Go odrzuca. Odpycha go od siebie i eliminuje ze swojego życia, nawet jeśli obłudnie udaje przed sobą i drugim człowiekiem kogoś miłującego dobro i prawdę. Jak poznać, jaką „ścieżką” jest nasza wolna wola – prostą czy powykręcaną? Jej prawość można rozpoznać po szukaniu w życiu prawdy, dobra innych ludzi i chwały Bożej. Jeśli ktoś mający prawą wolę przez jakieś złe czyny odstąpił od dobra i prawdy, to żałuje za swoje grzechy, szuka Bożego przebaczenia i chce się poprawić, spowiada się ze swoich grzechów. Po takiej „prostej i wyrównanej” ścieżce dobrej woli z łatwością przechodzi Chrystus i Jego łaska.
Złą „ścieżkę” wolnej wolni poznaje się po tym, że człowiek nie szuka szczerze ani prawdy, ani dobra; nie widzi w swoim życiu niczego, za co miałby Boga przepraszać, co mógłby polepszyć; nie dostrzega lub nie chce zauważać krzywd, które wyrządza innym. Jeśli – dzięki głosowi sumienia i łasce – świadomość popełnionych grzechów próbuje się w nim pojawić, to – zamiast chcieć się poprawić i przepraszać Boga – człowiek o zdeprawowanej woli zaczyna się usprawiedliwiać przed sobą na różne sposoby. Najczęstszym jest porównywanie siebie z ludźmi uważanymi za gorszych. W człowieku o „krętej i wyboistej ścieżce” wolnej woli Chrystus nie chce się poruszać, ponieważ działałby wbrew niemu. W osobie o złym nastawieniu wolnej woli umiera każda Boża łaska, gaśnie stopniowo każde światełko prawdy. Człowiek zamiast żyć w światłości, którą Jest Chrystus, coraz bardziej pogrąża się w ciemnościach, w których już nie potrafi dostrzec swojego zdeprawowania, wywołanego swoją złą wolą.

Miłosierdzie Boże i nawrócenie się człowieka

„Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów.” (Mk 1,4) Jan został nazwany „Chrzcicielem”, ponieważ udzielał chrztu nawrócenia. Przyjmowali go w wodach Jordanu ludzie, którzy uważali, że potrzebują oczyszczenia z grzechów. Rzeka Jordan stawała się w momencie chrztu symbolem Bożego miłosierdzia, które – jak cudowna woda – potrafi usunąć z ludzkiej duszy, serca i całego życia brud grzechu.
Dla każdego jest oczywiste, że woda obmywa tylko wtedy, kiedy jej używamy. Nikt nie usunie ze swojego ciała brudu, gdy znajduje się wprawdzie koło wody, jednak jej nie używa. Nie znika brud, gdy – zamiast się myć – ktoś tylko przebywa w pobliżu naczynia z wodą, studni, rzeki, kranu. Podobnie jest z miłosierdziem Bożym. Doznaje Jego dobroczynnych skutków ten, kto staje przed Bogiem skruszony, bo dostrzega brud swoich grzechów i pragnie Boskiego obmycia. Prawdziwie korzysta z „wody” Bożego miłosierdzia człowiek, który się nawraca, czyli chce porzucić swoje grzechy i robi wysiłek, by ukierunkować swoje życie na Boga i ludzi potrzebujących pomocy.
Każdy z nas potrzebuje „chrztu nawrócenia na odpuszczenie grzechów”. Prawdziwe nawrócenie bowiem jest „prostowaniem ścieżki” naszych pragnień i decyzji w taki sposób, by mógł po niej swobodnie przechodzić Pan ze swoimi łaskami. Do nawrócenia nie potrzebujemy żadnej wody, lecz tylko – silne pragnienie zmienienia swojego życia i oparcia go na Bożych przykazaniach.

Chrzest i przyznanie się do swoich grzechów

„Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając [przy tym] swe grzechy.” (Mk 1,5) Ludzie przychodzili do Jana Chrzciciela z różnych powodów. Jedni udawali się do niego tylko ze zwykłej ciekawości, aby się przekonać, czy nie jest on oczekiwanym Mesjaszem; innych przyciągało do niego poczucie winy i pragnienie oczyszczenia się z grzechów dzięki jego chrztowi nawrócenia. Ci drudzy przyjmowali chrzest i wyznawali swoje grzechy. Zetknięcie się wody z Jordanu z człowiekiem skruszonym obrazowało coś, co dokonywało się w niewidzialny sposób na płaszczyźnie duchowej: spotkanie grzesznego, lecz skruszonego serca z Bożym miłosierdziem. Wynik takiego spotkania zawsze jest taki sam, nawet jeśli żaden chrzest z wody się nie dokonuje: Bóg zawsze okazuje miłosierdzie skruszonemu człowiekowi.
Nie dostępuje jednak przebaczenia grzechów ten, kto nie uznaje ich istnienia w swoim życiu. Taki człowiek jest podobny do kogoś, kto ma w zasięgu ręki wodę, jednak nie myje się, bo uważa, że jest czysty. O tym, jak Bóg traktuje człowieka, który przyznaje się przed Nim do swoich grzechów, i takiego, który się ich wypiera, poucza nas Jezus w swojej przypowieści o modlącym się faryzeuszu i celniku. Mówi: „Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co posiadam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.” (Łk 18,10-14)

Ubóstwo Jana Chrzciciela

„Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: «Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym»”. (Mk 1,6-8) Jan Chrzciciel odróżniał się od bogatych i wielkich tego świata swoim sposobem życia. Nie przyodziewał się bowiem jak oni we wspaniałe szaty, lecz nosił szorstkie odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder. Nie żywił się tak wspaniale jak oni ani nie tak jak dzisiaj są odżywiane psy, koty i inne zwierzęta domowe. Żywił się szarańczą i miodem leśnym. Żył skrajnie ubogo, a jednak posiadał bogactwo, którym przewyższał ziemskich bogaczy. Tym bogactwem było skoncentrowanie się na Bogu, wiara w Niego i miłość do Niego, posłuszeństwo otrzymanemu od Niego posłannictwu. Odróżniała go od wielu bogaczy także pokora, która nakazywała mu odrzucić wszelki ziemski przepych i wysokie mniemanie o sobie. Był wierny swojemu posłannictwu i wielu też go za to chwaliło. Mimo to nie uważał się jak wielcy tego świata za potężnego i mocnego. Przeciwnie, swoich myśli nie koncentrował na sobie, nie dodawał sobie sztucznie wielkości, lecz wpatrywał się w potęgą Boga i przychodzącego Mesjasza. Pełen pokory głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym». (Mk 1,7-8) Jan mógłby z łatwością ogłosić siebie Mesjaszem. Nie uczynił tego, ponieważ jako ktoś pokorny żył prawdą o sobie, o swoim posłannictwie i o Mesjaszu i Jego posłannictwie. Głosi potęgę nadchodzącego Chrystusa i wielkość Jego chrztu. Przykład Jana ukazuje wszystkim uczniom Jezusa cenne duchowe cechy, takie jak pełne pokory wpatrywanie się w Jezusa Chrystusa i przyciąganie ludzi nie do siebie, do swojego wyglądu, do zewnętrznego splendoru i nawet nie do otrzymanego posłannictwa, lecz – do Niego, Pana i Zbawiciela, potężniejszego od wszystkich ludzi i zasługującego na najwyższą cześć i miłość.

Chrzest nawrócenia i chrzest Duchem Świętym

„Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów”. (Mt 1,4) „Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”. (Mt 1,8)
Chrzest udzielany przez Jana Chrzciciela miał wartość, ponieważ pobudzał do pokuty, do prostowania „ścieżki” swojej wolnej woli, aby stała się drogą „prostą”, czyli prawą, wybierającą dobro i przez to pozwalającą Zbawicielowi chodzić po niej bez przeszkód, aby nas zbawić. Woda rzeki Jordan nie miała w sobie mocy usuwania grzechu, uświęcania człowieka i zbawienia go. Tę moc posiada Bóg, który oczyszcza z grzechów skruszone serca. To On przebaczał grzechy tym, którzy się nawracali i przyjmowali chrzest Jana. Moc odpuszczania grzechów i uświęcania nas posiada Duch Święty. To Nim jak wodą Jezus Chrystus potrafi nas „polać” lub nawet w Nim nas „zanurzyć” jak w nurtach czystej rzeki. To „polewanie” i „zanurzanie” w Ducha Świętego jest nowym chrztem, zapowiedzianym przez Jana Chrzciciela, który powiedział: „Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym.” (Mk 1,8) Odwiecznym Źródłem tej Boskie Wody, którym jest Duch Święty – jest Bóg Ojciec i Jego Syn, Jezus Chrystus. Językiem teologicznym wyrażamy to mówiąc, że Duch Święty od Ojca i Syna pochodzi. Jezus Chrystus posyła nam tego Ducha od Ojca.
Jednym z symboli Ducha Świętego jest woda, dzięki której może istnieć na ziemi życie. Bez niej wszystko staje się martwą pustynią. Jak pustynny teren potrzebuje wody do życia, tak pustynia ludzkich serc potrzebuje rosy Ducha Świętego, a nawet zanurzenia się w Nim jak w ożywczej wodzie. I tak się dzieje z tymi, którzy wierzą w Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, i nie opierają się Jego darom. Ci są bez przerwy chrzczeni Duchem Świętym, są ożywiani przez Niego. Dzięki Jego działaniu pustynia grzesznego życia zamienia się w ogród, przyozdobiony wspaniałymi kwiatami i innymi pięknymi i pożytecznymi duchowymi roślinami.
Stałego chrztu – obiecanego przez Jana Chrzciciela – potrzebuje bez przerwy świat, dlatego powinno się ciągle wznosić do Boga nasze wołanie: „Niech zstąpi Duch Twój, niech odnowi oblicze ziemi – tej ziemi, którą są nasze serca!” Bóg odpowie na naszą prośbę i Duch Święty ogarnie potokami swojej Boskości człowieka. Wtedy serca ludzkie przemienią się w „nową ziemię” i w „nowe niebiosa”. Przestaną być jałową pustynią i zamienią się w ogrody „nowej ziemi” i w „nowe niebiosa”, w których zamieszka Trójca Przenajświętsza. Do serc ogarniętych mocą Ducha Świętego powróci miłość jako miłość Boża – w pełni doskonała i prawdziwa.

Jan Chrzciciel zapowiedzianym przez proroka Izajasza Bożym posłańcem

„Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki! Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów.” (Mk 1,2-4) Prorok Izajasz zapowiedział przyjście Jana Chrzciciela, posłańca Bożego, którego głos będzie wzywał do porzucenia grzesznego egoizmu i zajęcia się Panem. To dla Niego ludzkie serca powinny zamienić się w ścieżki proste, po których będzie chodził i przemieniał życie ludzkie. Głos Chrzciciela rozbrzmiewa przez wieki, bo egoizm zamienił wiele serc w pustynie bez miłości. Głos Bożego posłańca nie przestaje wołać: Przestańcie myśleć tylko o sobie! Usuńcie wszystkie krętactwa egoizmu, aby wasze serca stały się jak proste i wygładzone ścieżki, po których będzie mógł chodzić swobodnie Pan, nasz Zbawiciel! On chce, żeby głos Jego posłańca został usłyszany w każdym sercu, które zamieniło się w pustynię bez miłości, zasypaną piaskiem lub kamieniami grzesznego egoizmu. Jeśli ktoś posłucha i wpuści Pana do swojego serca, to On spowoduje, że egoizm zostanie usunięty, a na jego miejsce rozkwitną kwiaty miłości Bożej. Jego Duch, Duch Święty, rozleje ją w sercach, które dzięki niej będą żyły na wieki. Bóg chce, aby ludzie ze wszystkich narodów słuchali głosu Boga i pozwolili Mu zamieszkać nie tylko pośród nich, ale w swoich sercach.

Jan Chrzciciel największym człowiekiem pośród narodzonych z niewiast

„Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym”. (Mk 1,6) Jezus nawiązał do ubioru Jana Chrzciciela i do jego surowego sposobu odżywiania się i życia na pustyni, mówiąc któregoś dnia do tłumu: „Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach”. (Łk 7,25) U Jana żyjącego na pustyni nie można było się doszukać żadnego życia „w zbytkach”. Oprócz dobrego wypełnienia swojego posłannictwa dla niego nic nie miało znaczenia. Wystarczało mu tylko to, co było konieczne do życia i kontynuowania powierzonego mu przez Boga zadania. Spełniał je wiernie, nie chwiejąc się jak trzcina na wietrze, nie ulegając żadnym naciskom zła (por. Łk 7,24). Był stały w wypełnianiu swojego zadania. To nie wielkich tego świata, mieszkających w pałacach, noszący okazałe stroje i żyjących w zbytkach Jezus uznał za wielkich, lecz Jana Chrzciciela, u którego nie można było zauważyć niczego z tego, co przyciąga uwagę świata i nawet budzi często zazdrość. O nim Jezus wyraził się: „Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on”. (Łk 7,28) Jezus uznał Jana Chrzciciela za największego „między narodzonymi z niewiast”, czyli między wszystkimi sprawiedliwymi ludźmi Starego Testamentu. Równocześnie dodał, że większymi od niego mogą być ci, którzy dzięki Jego łasce będą należeć do królestwa Bożego. Większymi będzie ich czynił wyjątkowy dar Boży, którym jest narodzenie się z Ducha Świętego. To bowiem wyjątkowe nowe „narodzenie” wszczepia człowieka w Trójcę Świętą i w królestwo Boże (por. J 3,3-7). Ten wielki dar świętości i wielkości „w królestwie Bożym” otrzymała Maryja, Matka Jezusa, przez łaskę niepokalanego poczęcia. Dzięki niej narodziła się z Ducha Świętego i stała się Jego żywą Świątynią. Dzięki swojej świętości stała się największą nie tylko między sprawiedliwymi Starego Testamentu, „narodzonymi z niewiast”, ale najświętszą i przez to największą również pośród tych, którzy zostali włączeni przez łaskę do królestwa Bożego.

CHRZEST JEZUSA

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie.9 W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie.10 A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie».11 (Mk 1,9-11)

Ujawnienie się tajemnicy Boskości Jezusa i Jego zbawczego posłannictwa

„W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie”. (Mk 1,9) Wielu na tym świecie przyciąga wystawny sposób życia, wyszukane szaty, bogactwo, zewnętrzny splendor. Żadnych przejawów tego światowego blasku nie było widać u Jana Chrzciciela. Mimo to przychodzili do nie ludzie. Udawali się na pustynię, gdzie przebywał, ci, którzy zauważali w nim wiernego sługę Bożego, czyniącego coś dobrego. Przyszedł do niego nawet sam Jezus Chrystus i przyjął jego chrzest. Przez to uznał za dobre to, co czynił Jan. „W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie»”. (Mt 1,9-11) W czasie chrztu Jezusa ujawniła się tajemnica Jego Boskiego pochodzenia i posłannictwa. Rozwierające się nad Nim niebo ukazało cel Jego przyjścia na świat. Przyszedł, aby je na stałe otworzyć, aby mogli tam wejść na zawsze odkupieni przez Niego ludzie. Ujawnił się Duch Święty w postaci gołębicy. Syn Boży przyszedł na świat i dzięki zmartwychwstaniu pozostał w nami w sposób niewidzialny, aby tego Ducha ciągle zsyłać na nas. Tak się stało w sakramencie chrztu, bierzmowania i tak się dzieje ciągle. Ten Duch oświeca umysły i rozpala w sercach Bożą miłość, a przez to nas przemienia w żywe kopie Jezusa Chrystusa. Głos Ojca, mówiący z nieba: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”, objawił, że Jezus Chrystus jest prawdziwym umiłowanym Synem Bożym, równym Ojcu, i że przyszedł nas uczynić podobnymi do Siebie dziećmi Bożymi. W czasie chrztu Jezusa ujawniło się, że przyszedł już zapowiedziany przez Jana Chrzciciela „Większy od niego” – Ten, który otworzy dla nas bramy królestwa niebieskiego, będzie chrzcił Duchem Świętym i Nim nas napełniał. Dzięki przyjściu Jezusa Chrystusa stanie się możliwe narodzenie z Ducha Świętego (por. J 3,3-7), dzięki któremu każdy będzie mógł się stać wielkim w królestwie niebieskim (por. Łk 7,28). Nikt zatem nie musi szukać swojej wielkości przez otaczanie się bogactwami i ziemskim splendorem, który nikogo nie czyni ani lepszym, ani bardziej doskonałym, ani większym w oczach Bożych.

KUSZENIE JEZUSA

Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię.12 Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu.13 (Mk 1,12-13)

Różne postawy wobec dobra

„Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu.” (Mt 1,12-13) Przed rozpoczęciem publicznej działalności – wśród ludzi – Duch wyprowadził Jezusa na miejsce, na którym nie mieszkał żaden człowiek. Tam, na pustyni, przez czterdzieści dni przygotowywał się przez post i modlitwę do wykonania swojego zbawczego posłannictwa pośród ludzi. Bez podawania szczegółów Ewangelista mówi krótko o szatanie, zwierzętach i aniołach. Szatan kusił Jezusa, próbując odwlec Go od wypełnienia powierzonej Mu przez Ojca misji odkupienia i zbawienia świata. Zamiast tego miał się zająć samym sobą i działać według sposobów podsuwanych przez świat, dbając o najedzenie się, sławę, wsparcie bogatych i potężnych tego świata i oddając pokłon szatanowi (por. Mt 4,1-11). Zwierzęta zachowywały się wobec Jezusa neutralnie. Żyły swoim życiem, nie przeszkadzając Mu w niczym. O aniołach natomiast Ewangelista mówi, że Mu usługiwali. Wspomniany szatan, zwierzęta i aniołowie pokazują, jak można się zachowywać wobec Jezusa i innych ludzi. Można im jak szatan przeszkadzać i zatruwać życie; można też jak zwierzęta przebywać obok nich i prowadzić swoje prywatne życie – bez pomagania i bez szkodzenia. Można jednak przyjęć także anielską postawę służby i być do dyspozycji, aby w każdej chwili pomóc innym.
Przebywanie Jezusa na pustyni, Jego modlitwa i post były czymś dobrym. Kiedy jednak ktoś czyni coś dobrego, zaraz pojawia się szatan lub posłani przez niego ludzie, aby to dobro zniszczyć w zarodku. Inni zachowują się jak wspomniane zwierzęta – ani nie szkodzą, ani nie pomagają. Pojawiają się też aniołowie i podobni do nich dobrzy ludzie, którzy wspierają swoim działaniem czynione dobro, aby nie tylko nie zostało zniszczone, ale przetrwało jak najdłużej i pomnożyło się. Każdy z nas codziennie może przyjąć jedną z tych trzech postaw, gdy styka się z dobrem: albo będzie je niszczył, albo zachowa się wobec niego obojętnie, albo zacznie z nim współdziałać i pomnażać je. Przyjęcie jednej z tych trzech postaw jest wolnym wyborem człowieka. Każdy z nas codziennie dokonuje tego wyboru: albo niszczy dobro, albo jest wobec niego obojętny, albo współdziała z nim i pomnaża je. Każdy z tych trzech możliwych wyborów ma wpływ na naszą wieczność, bo formuje naszego ducha, utrwala w nim jakieś nastawienie wobec dobra stworzonego i Dobra Nieskończonego, którym jest Bóg.

PIERWSZE WYSTĄPIENIE JEZUSA

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił:14 «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!»15 (Mk 1,14-15)

Ewangelia dla jednych Dobrą, a dla innych Złą Nowiną

„Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!»” (Mk 1,14-15) Jen Chrzciciel został uwięziony przez Heroda za mówienie niewygodnej dla niego prawdy. W tym czasie Jezus głosił w Galilei Ewangelię Bożą, czyli Dobrą Nowinę Bożą. Chociaż była to nie zła, lecz Dobra Nowina, pochodząca od Boga, to jednak spotkała się z oporem tych, którzy nie chcieli się nawrócić i uwierzyć w nią. I ci właśnie ludzie doprowadzili do śmierci Jezusa na krzyżu. Zabili Go, chociaż zapoczątkował On królestwo Boże na ziemi. Tego duchowego królestwa jednak nie chcieli, bo czekali na inne – podobne do królestw ziemskich, opierających się na niesprawiedliwości, bogactwie, przepychu, ucisku, dogadzaniu sobie. Ofiarą takiego właśnie ziemskiego królestwa stał się Jan Chrzciciel. Herod i jemu podobni tworzą bowiem królestwa, które nie mają nic wspólnego z królestwem Bożym. Przyciągają one jednak ludzi zarażonych duchem zepsutego świata i zamkniętych na królestwo utworzone przez Jezusa. Dla ludzi spragnionych duchowego wyzwolenia z grzechów i uświęcenia słowa o bliskim królestwie Bożym były rzeczywiście Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną. Dla ludzi, którzy nie chcieli się nawrócić, Nowiną Dobrą słowa Jezusa nie były. Nie były też Dobrą Nowiną dla szatana, który troszczy się rozkwit królestw opartych na niesprawiedliwości, krzywdach i zakłamaniu. Bliskość królestwa Bożego zapowiadała upadek jego królestwa i wyzwolenie z jego mocy.

Przez wiarę w Jezusa i nawrócenie można wejść do królestwa Bożego

„Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15) Św. Marek w tych kilku słowach streszcza obszerne pierwsze pouczenia Jezusa. Wydobywa z nich następujące ważne treści: skończył się czas oczekiwania na królestwo Boże, gdyż stało się ono już obecne w Jezusie Chrystusie, prawdziwym Synu Bożym. Może się ono rozszerzyć na innych ludzi. Zostają w nie wszczepieni ci, którzy wierzą w Jezusa i głoszoną przez Niego Ewangelię i nawracają się, czyli ciągle przemieniają swoje życie, odwracając się od grzechów i podążając za dobrem; porzucając egocentryczne zapatrzenie się w siebie samego i zwracając się z miłością ku Bogu i ludziom.

POWOŁANIE PIERWSZYCH UCZNIÓW

Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami.16 Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi».17 I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.18 Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci.19 Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.20 (Mk 1,16-20)

Powoływanie przez Jezusa współpracowników

„Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.” (Mk 1,16-18)
Jako Syn Boży, Bóg wszechmogący, Jezus nie potrzebował niczyjej pomocy w zbawieniu świata. Chciał jednak w swojej miłości podzielić się z ludźmi możliwością pomagania w zbawieniu. Dlatego powołał uczniów, którzy mieli włączyć się w Jego dzieło zbawienia świata przez nauczanie i sakramenty. Nazywa się ich „apostołami”. Są także określani jako „Dwunastu”, w odróżnieniu od innych Jego uczniów. Udzielając nam łaski wiary Jezus i nas uczynił swoimi uczniami. Każdemu z nas powierzył część dzieła zbawienia, powierzając naszej opiece jakichś ludzi, np. rodzinę, nauczane dzieci i młodzież, spotkanych ludzi. Każdemu człowiekowi możemy pomagać w dojściu do zbawienia przez naszą modlitwę i ponoszenie różnych ofiar z miłości do Boga. Nieraz możemy jeszcze przekazać słowo Boże, np. swoim dzieciom lub osobom, z którym rozmawiamy. Przed każdym spotkaniem z ludźmi warto poprosić o pomoc Ducha Świętego, aby rozmowy nie były trwonieniem czasu lub nawet grzesznym jego wykorzystaniem. Światło Boże udzieli nam wsparcia, abyśmy – może tylko jakimś jednym słowem – pobudzili kogoś do myślenia, przypomnieli o kochającym nas Bogu, zbliżyli jakąś prawdę o Nim i o Jego sposobach pomagania nam w dojściu do nieba.
Każdemu z nas Jezus mówi słowa podobne do tych, które powiedział do pierwszych uczniów: Pójdź za Mną, zostań rybakiem ludzi, który będzie ich łowił, zapuszczając – gdzie tylko to możliwe – sieć Mojego Boskiego Serca. Niech pozwolą się w nią złapać, a Ja z miłością przyciągnę ich do Siebie na zawsze, aby żyli w wiecznym szczęściu, nasyceni Moją miłością.

Połów ludzi dla ich ocalenia

„Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.” (Mk 1,16-18) Jezus obiecał swoim spotkanym przyszłym apostołom, że jeśli pójdą za Nim, to dzięki Jego mocy staną się rybakami ludzi. Do chwili spotkania z Nim nic o czymś takim nie wiedzieli. Zajmowali się łowieniem ryb, którymi się odżywiali. Złowione ryby ginęły, a oni dzięki nim żyli. Coś zupełnie innego miało się dziać z ludźmi, dla których mieli się stać rybakami. Nie mieli ich chwytać i zabijać jak ryby. Nie mieli ich łowić dla własnej korzyści, dla karmienia siebie. Mieli łowić ludzi w brudnych wodach grzechu, zdeprawowania i zakłamania i wyciągać ich z bagna, w którym groziła im śmierć. To obiecanie przez Jezusa łowienie ludzi miało być ratowaniem ich. Z brudnej wody zła, grzechu, fałszywych religii i ideologii mieli ich wyciągać i wpuszczać do zdrowej wody dobra, prawdy, szlachetności i miłości. Tą zdrową dla nich wodą miał być sam Jezus Chrystus. Przebywanie w Jego Sercu, w wodach Jego miłości i łaski, miało ich uchronić od pewnej śmierci w bagnach grzechu i kłamstwa. W wodach Jego miłości mieli osiągnąć wieczne życie i szczęście.

Pójść za Jezusem

„Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.” (Mk 1,17-20) Piotr i jego brat Andrzej odpowiedzieli na słowa Jezusa. Zostawili sieci i poszli za Nim. Uwierzyli, że ich nie oszukuje, że przy Nim mogą się czuć bezpieczni, że Jego obietnica dotycząca łowienia ludzi jest prawdziwa. Nie rozumieli jeszcze, co znaczy stać się „rybakiem ludzi”, jednak poszli za Nim. Odczuli pragnienie Jego nauki, chcieli Go słuchać. Zaufali Mu. Podobnie zachował się Jakub i jego brat Jan. Poszli za Nim, chociaż jeszcze Go nie znali zbyt dobrze. I nie zawiedli się. Zostali rybakami ludzi, którzy wydobywają ich z bagna grzechów i zakłamania i przenoszą do czystych wód Ewangelii i miłości, która wypływa z Serca Jezusa. Teraz sami sycą się tą Miłością, przebywając w niebie blisko tego samego Jezusa, który kiedyś podszedł do nich i powołał ich. Taki sam los czeka każdego, kto odpowiada na wezwanie Jezusa i podąża za Nim, i żyje z Nim, układając każdy dzień według Jego Ewangelii i w Nim szukając sił dla zrealizowania jej.

NAUCZANIE W KAFARNAUM

Przyszli do Kafarnaum. Zaraz w szabat wszedł do synagogi i nauczał.21 Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.22 (Mk 1,21-22)

Połów dla królestwa Bożego

„Przyszli do Kafarnaum. Zaraz w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.” (Mt 1,21-22) Gdy Jezus przyszedł do Kafarnaum, nauczał w synagodze. Jego nauczanie było jakby zapuszczaniem sieci, aby chwytać w nie ludzkie serca jak ryby. Nie dokonywał tego duchowego połowu, aby odbierać komuś życie, jak to zwykle się kończy, gdy ktoś łowi ryby. Jezus zagarniał w duchową sieć ludzkie serca, aby z brudnych i zanieczyszczających wód tego świata przenieść je do królestwa Bożego – królestwa prawdy i świętości. Budził zdumienie swoją nauką – bo uczył „jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” – jednak nikogo nie zmuszał do przyjmowania jej. Głosił słowo prawdy. To ona – oprócz Jego miłości – była duchową siecią. Jeśli ktoś miał serce otwarte na prawdę, to nie tylko dziwił się, wyczuwając niezwykłą mądrość i „władzę” Jezusa, lecz przyjmował Jego słowa. Chciał odtąd na Jego nauce budować swoje życie. Kto tak postąpił, ten stawał się obywatelem nowego królestwa, nie światowego, lecz – Bożego.
Jezus powołał uczniów, aby i oni dokonywali duchowego połowu, głosząc Ewangelię. Wezwał między innymi Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy „byli w łodzi i naprawiali sieci” (Mk 1,19). Ich naprawianie było pożyteczne dla dalszego dokonywania połowów. Porzucili jednak tę pracę i poszli za Jezusem, aby się od Niego uczyć tkania nowej sieci nie ze sznurków, lecz ze słowa Bożego i z Bożej miłości. Te nowe sieci mieli odtąd zapuszczać i chwytać w nie serca ludzkie, i przenosić ze śmiercionośnych wód egoizmu i fałszu do Bożego królestwa prawdy i dobra, w którym Królem jest Chrystus, pełen mocy, potęgi i miłości.
Ludzie słuchający Jezusa albo Jego uczniów różnie się zachowywali wobec słyszanego słowa prawdy. Jedni szczerze je przyjmowali i żyli prawdą. Inni je zdecydowanie odrzucali, bo w ich sercach nie było miłości do prawdy. Ci woleli podążać za fałszywymi naukami, bo te ich bardziej pociągały niż Ewangelia Jezusa (por. 2 Tes 2,8-10). Była jeszcze trzecia grupa słuchaczy Jezusa. Tworzyli ją ci, którzy tylko pozornie poszli za Nim, pozornie należeli do Jego królestwa, jednak w rzeczywistości nie uformowali siebie i swoich serc według Wzorca, którym był Jezus, Jego Matka i prawdziwi święci.
W każdej epoce żyją ludzie, którzy przyjmują wobec Jezusa i Jego nauki jedną z powyższych trzech postaw. Ci, którzy naprawdę pozwolili się przenieść do królestwa Bożego, ponieważ się przemienili, pozostaną w nim na zawsze, gdyż to królestwo jest wieczne. Co się stanie z tymi, którzy Chrystusa i Jego naukę świadomie odrzucili lub udawali tylko, że ją przyjmują, wyjaśnił On sam w jednej ze swoich przypowieści. Powiedział: „Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.” (Mt 13,47-50) Przed Bogiem nie ma udawania: albo ktoś się naprawdę przemienia pod wpływem Jego łaski, albo nie porzuca zła i nie podąża za dobrem. Ujawni się to w pełni „przy końcu świata”.

Nowość bez gwałtownego burzenia tego co dawne

„Przyszli do Kafarnaum. Zaraz w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.” (Mt 1,21-22) Jezus nie rozpoczął swojej misji od burzenia wszystkiego, co istniało w Izraelu. Przeciwnie, przyjął to, co było dobre, aby to udoskonalić. Z tego powodu nie powiedział, że wszystko, co dzieje się w synagodze, nie jest już aktualne, bo nastał czas Kościoła. Nie zakwestionował znaczenia synagogi, gromadzenia się w niej, modlitwy, głoszenia słowa Bożego. Nie wzywał do buntu lub rewolucji, nie nakazał burzyć synagog, lecz w nich nauczał zgromadzonych tam pobożnych Żydów. Słuchający Go jedynie po sposobie Jego nauczania mogli przeczuwać, że coś się kończy i równocześnie coś nowego się zaczyna wraz z Jego pojawieniem się. „Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.” (Mt 1,22) Słuchających Go mogło zadziwiać przede wszystkim to, że wyjaśniał w Piśmie Świętym pouczenia i zapowiedzi, których uczeni w Piśmie – uchodzący za najbardziej znających natchnione Księgi – nie potrafili wytłumaczyć jednoznacznie ani odnieść do realizujących się aktualnie wydarzeń. W przeciwieństwie do nich Jezus umiał to zrobić i to właśnie wzbudzało zdziwienie. Zadziwiał, bo nie należał ani do uczonych w Piśmie, ani do faryzeuszów, ani do saduceuszów, ani do arcykapłanów, ani – ze względu na młody wiek – do starszyzny.

UZDROWIENIE OPĘTANEGO

Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać:23 «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży».24 Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!».25 Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.26 A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne».27 I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.28 (Mk 1,23-28)

Zdumiewające nauczanie, czyny i miłość Jezusa

Po wypędzeniu złego ducha przez Jezusa z opętanego człowieka „wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». (Mk 1,27) Jezus zdumiewał swoim nauczaniem i niezwykłymi czynami. Gdy nauczał, było widać, że uczy jak ktoś, kto ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mt 1,22). Jego moc ukazała się bardzo wyraźnie, gdy pełnym potęgi nakazem: „Milcz i wyjdź z niego!” zmusił złego ducha do wyjścia z opętanego przez niego człowieka. „Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego”. (Mk 1,26) Ludzie, zdumieni tym co zobaczyli, zadawali sobie pytanie: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. (Mk 1,27) Słowo Jezusa zawsze było słowem Syna Bożego, Boga prawdziwego, dlatego posiadało ogromną moc. Na słowo Jezusa złe duchy wychodziły z ludzi i choroby opuszczały człowieka. Jego słowo było potężniejsze od śmierci, bo umarłym przywracało życie. Ma ono moc rozbudzania wiary, która prowadzi do życia wiecznego.
Ci, którzy byli zdumionymi świadkami potęgi Jezusa, ujawnionej nad złym duchem, nie znali jeszcze największego powodu zadziwiania ludzi przez Boga. A tym, czym nas najbardziej zaskakuje, jest Jego niepojęta miłość do nas ludzi, Jego stworzeń. Nikłym symbolem tej miłości są masywne pasma górskie, z gubiącymi się w chmurach szczytami, i znikające na krańcach horyzontu. Obrazem tej Miłości są też niezmierzone wody oceanów, których wzrok człowieka stojącego na brzegu nie potrafi w ogarnąć. Gdybyśmy choć przez chwilę mogli w pełni sobie uświadomić ogrom Bożej miłości, która dla uratowania nas od piekła posłała na świat Syna Bożego i zgodziła się na Jego śmierć, to nie moglibyśmy wyjść ze zdumienia. Wielkości tej miłości nie potrafimy na ziemi w pełni poznać. Dlatego św. Paweł życzy nam pomocy samego Chrystusa w dojściu do jej pełniejszego poznania. Pisze: „Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą. Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen.” (Ef 3,17-21)

Opętany był w synagodze

„Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego”. (Mk 1,23-26) Zły duch nigdy nie pobudza do czynienia dobra. Jeśli zatem nie przeszkodził opętanemu człowiekowi pójść do synagogi, to nie uczynił tego, aby się tam spokojnie modlił, słuchał słowa Bożego i uwielbiał Boga. Zrobił to, aby zniewolony przez niego człowiek przeszkadzał innym swoim zachowaniem modlić się i aby utrudniał im słuchanie Bożych pouczeń. Złe duchy nie znoszą modlitw i słuchania przez ludzi słowa Bożego, bo to niszczy ich królestwo zła.
Zapewne i tym razem chciał kontynuować swoje destruktywne działanie, dlatego nie przeszkodził opętanemu udać się do synagogi. I faktycznie, zaczął wołać do Jezusa: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. (Mk 1,24) Zły duch wykrzykiwał przez opętanego te słowa, bo chciał skłonić Jezusa do litości i zaprzestania „gubienia” jego i innych duchów nieczystych. Udawał też szacunek wobec Niego, nazywając go „Świętym Bożym”. Żadne jednak podstępne wołania złego ducha nie powstrzymały Jezusa przed działaniem. Swoim potężniejszym niż jego słowem zmusił go do zaprzestania mówienia i wyjścia z opętanego. Zły duch zdołał jeszcze tylko wyrazić swoją wściekłość, rzucając opętanym i zmuszając go do wydania głośnego krzyku. I wyszedł z niego.
Uwalniając opętanego człowieka, Jezus ujawnił swoją wielką moc i miłość do niego. Równocześnie pokazał swoją mądrość, która nie uległa żadnemu podstępowi złego ducha, pragnącego nadal pozostawać w człowieku i dręczyć go. Upadły duch chciał nadal przez niego zakłócać ludziom modlitwę i utrudniać słuchanie słowa Bożego w synagodze. Jezus jednak nie pozwoli na to i przerwał jego złe działanie. „Milcz i wyjdź z niego!” – powiedział. Te słowa ujawniają jeden z aspektów zbawczej misji Syna Bożego. Przyszedł On na świat, aby ograniczyć wpływy złych duchów, które – przez swoje zakłamane pokusy i inne szkodliwe działania – dręczą człowieka i pragną go doprowadzić do wiecznego piekła.

Zły duchu, milcz!

„Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!».” (Mk 1,25) Słowo Jezusa nie było łagodną prośbą, lecz zdecydowanym i surowym żądaniem. Zostało skierowane do złego ducha, gdyż jego mówienie nigdy nie służy żadnemu dobru; nie prowadzi do niego i niszczy je. Tak było również w synagodze. Jezus nie potrafił przemawiać do zgromadzonych tam Żydów, ponieważ zły duch mówił przez opętanego i wydawał okrzyki. Mógł nauczać, gdy uciszył złego ducha i wypędził go.
Słowa Jezusa, domagające się od złego ducha zaprzestania mówienia, są także ostrzeżeniem skierowanym do tych, którzy – w czasie seansów spirytystycznych – wzywają duchy do mówienia. To nie słowa złych duchów i ich pokusy mają kierować ludzkim życiem, lecz słowo Boże i natchnienia pochodzące od Ducha Świętego. Słowo Boże bowiem przynosi życie wieczne, natomiast szatańskie mamienie zwodzi człowieka, pokazując mu dobro jako zło, a zło – jako dobro. Także potępienie wieczne zły duch usiłuje przedstawiać ludziom jako coś bardziej atrakcyjnego niż wieczne przebywanie w niebie.
Nawet jeśli zły duch mówi coś prawdziwego, to miesza prawdę z kłamstwem i zwodzi. Świadectwem tej przebiegłości mogą być zapisane słowa złego ducha, wypowiedziane w czasie pewnego seansu spirytystycznego. Zwodziciel zaczął od przypomnienia prawdy objawionej, że Bóg jest miłością. Ale z tej objawionej prawdy wyciągnął zaraz dwa wnioski fałszywe i sprzeczne z objawieniem – że nie ma piekła i że istnieje tylko reinkarnacja. I tak od przedstawienia objawionej prawdy przeszedł do zwodzenia tych, którzy kazali mu mówić i chcieli go słuchać.
Słowa, pokusy i różne myśli pochodzące od złego ducha zawsze zwodzą człowieka i przygotowują do jeszcze większego zrujnowania go. Aby uniknąć tego nieszczęścia trzeba całe życie oprzeć na Chrystusie i Jego Ewangelii. W niej nie ma zwodzenia, oszukiwania ani żadnego manipulowania. Jest tylko prawda, która wyzwala człowieka (por. J 8,31-32) z niewoli złudzeń, mrzonek i różnych fałszywych ideologii. „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny”. (Hbr 4,12) Ten wyjątkowy miecz potrafi odciąć człowieka od grzechu, od każdej formy egoizmu. Odetnie on nas od zła i fałszu, o ile będziemy słuchać prawdy Bożej, wychodzącej z ust Jezusa, i o ile jak On powiemy wszystkim głosicielom kłamstw: „Zamilczcie!”

Zły duch był duchem nieczystym

„Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.” (Mk 1,23-26) Zły duch, który opętał człowieka obecnego w synagodze, został określony jako duch „nieczysty”. W powszechnym rozumieniu słowo „nieczysty” stoi w opozycji do czysty, niezabrudzony, transparentny, przejrzysty, krystaliczny jak wysokiego gatunku szkło. Duch był „nieczysty” z powodu brudu grzesznego stanu, w którym trwał. Był zabrudzony, czyli „nieczysty”, z powodu swojego grzesznego buntu wobec Boga, nienawiści do Niego i ludzi. Pycha i nienawiść czyniły go „nieczystym”, pozbawionym szczerej miłości.
„Nieczystym” – czyli nieprzejrzystym i zakłamanym – czynił złego ducha również jego sposób postępowania wobec opętanego. Nie przeszkodził mu udać się do synagogi, domu modlitwy, jednak nie uczynił tego w dobrym celu, czyli żeby ten człowiek wielbił tam Boga, słuchał słowa Bożego, modlił się. Przeciwnie, pozwolił mu tam iść, aby innym przeszkadzać w modlitwie i skupianiu się na Bożej prawdzie. Brak „czystości” w sensie jednoznaczności i przejrzystości złego ducha widać także w jego słowach skierowanych do Jezusa. „Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży».” (Mk 1,24) Zgodnie z prawdą rozpoznał w Jezusie z Nazaretu „Świętego Bożego”, który przyszedł wyzwolić świat z mocy szatana. Nie mówił tego jednak po to, by skłonić słyszących jego słowa ludzi do oddania czci Jezusowi, lecz w tym celu, by spowodować zamieszanie i uniemożliwić Mu przemawianie i skierowanie słowa Bożego do obecnych tam osób.
Pewnym rodzajem „nieczystości” złego ducha był także jego sposób posługiwania się prawdą. Z powodu swojego zakłamania nie stał na jej usługach. Nie stał po stronie tej „czystej” prawdy, którą znał. Jako upadły anioł wiedział o Jezusie więcej niż Żydzi zgromadzeni w synagodze. Część tej prawdy ujawnił przed nimi, posługując się opętanym. Nie zrobił tego jednak dla żadnego dobra. Prawdę o „Świętym Bożym” ujawnił bowiem w synagodze po to, aby została poddana w wątpliwość jako ogłoszona przez człowieka opętanego, czyli niewiarygodnego. Gdyby Jezus nie nakazał mu milczenia i nie wypędził go, z pewnością powiedziałby dużo więcej o Nim. Nie zrobiłby tego jednak, aby ludzi doprowadzić do Niego przez rozbudzenie w nich wiary, lecz po to, aby prawdę o Nim jak najszybciej skompromitować, uczynić niewiarygodną, bo pochodzącą od ducha złego, nieczystego, podstępnego, który zawsze jest kłamcą.

Zdumienie... a co potem?

„A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.” (Mk 1,27-28)
Ludzie obecni w synagodze nie spodziewali się niczego więcej niż to, co zwykle tam się działo. Zdumieli się więc, gdy zobaczyli, jak Jezus wypędził ducha nieczystego z opętanego człowieka. To ich zdziwienie zostało wywołane przez poznanie Jego nadzwyczajnej mocy – większej niż ta, którą posługują się złe duchy. Chociaż bowiem wyrzucony duch nieczysty był duchem zbuntowanym przeciwko Bogu, to jednak nie potrafił się przeciwstawić rozkazowi Jezusa. Zanim obecni w synagodze ludzie poznali moc słowa Jezusa i Jego działania, nie ogarniało ich zdziwienie. Coś o Nim słyszeli, może zastanawiali się, czy warto Go posłuchać, ale wszystko to było dalekie od zdumienia. Zbawiciel ich zaskoczył, ponieważ ujawnił przed nimi coś, czego się nie spodziewali: moc większą od ludzkiej i demonicznej. W swoim zdziwieniu jeden drugiego pytał: „Co to jest?” Dzielili się z innymi swoim zaskoczeniem i jakby od bliźnich oczekiwali odpowiedzi na nurtujące ich pytanie. „Co to jest? Kim On właściwie jest?” O swoim zdumieniu opowiadali ludziom i „wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej”. (Mk 1,28)
Ewangelista wspomina, że na widok uzdrowienia opętanego zdumieli się „wszyscy” (Mk 1,27). Nie odpowiada jednak na pytanie, jak długo trwali w tym zdumieniu i czy oparli na Jezusie całe swoje życie. Niektórzy może to uczynili, inni – nie. Zdumienie, które wzbudził w nich Jezus, było dla każdego z nich wielką szansą przebudowania swojego życia. To, czy ktoś z niej skorzystał czy nie, zależało od jego wolnej woli. Ci, którzy zbudowali na Jezusie swoje życie jak na skale, wykorzystali ją, ci natomiast, którzy powrócili po swoim zdumieniu do budowania życia na sypkim piasku bogactwa, władzy, przyjemności, sławy, zmarnowali daną im szansę.
Dzisiaj jak i w przeszłości Bóg jednych zdumiewa, a innych – nie interesuje. Zaskakuje i zadziwia tych, którzy choć trochę poznają Jego potęgę i nieskończoną miłość. Nie budzi natomiast zdziwienia ani nawet zainteresowania w tych, którzy praktycznie nic o Nim nie wiedzą i może nawet wątpią w Jego istnienie. Ci, których Bóg zadziwia, mówią o Nim innym; ci natomiast, dla których jest obojętny, milczą i nie przyczyniają się do poznania Go. Pierwsi – jeśli mają stałą dobrą wolę – chcą Go jeszcze bardziej poznać, dlatego słuchają tych, którzy mają im coś o Nim do powiedzenia; drudzy natomiast, jeśli nie mają dobrej woli, nie idą do tych, którzy mogliby w nich wzbudzić zdumienie nad wspaniałością Boga i wielkością Jego miłości. Brak dobrej woli i otwarcia na prawdę powoduje, że nie pragną Go poznać, a nieraz nawet nie chcą nic o Nim słyszeć. Nie robią żadnego wysiłku, żeby Go choć trochę lepiej poznać. Nieraz uparcie unikają tego, co mogłoby im Go przybliżyć: wartościowych książek, materiałów internetowych, homilii itp. Jeśli tak postępują dobrowolnie, z własnej woli, to coraz bardziej obojętnieją na Niego. Sami do Boga nie chcą się zbliżyć i nie chcą do Niego doprowadzić innych, np. swoich dzieci. Chociaż wielu nie chce głosić Chrystusa innym, to jednak Jego Dobra Nowina i tak się rozszerza. Dociera ona dzięki tym, którzy Bogiem się zachwycili i chcą się swoją fascynacją podzielić z innymi. Ci pragną doprowadzić do Niego bliźnich, aby i oni znaleźli w Nim radość i pokój. Wiedzą bowiem, że poza Bogiem nie ma prawdziwego i trwałego szczęścia.

Miłość Jezusa, przyjmująca bolesne lub surowe oblicze

„Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.” (Mk 1,25-26) Jezus – wcielony Syn Boży, który jest Miłością – potrafił być surowy. Swoją surowość, nie znoszącą sprzeciwu, okazał wobec ducha nieczystego, który zniewalał opętanego człowieka. Był surowy wobec niego, ponieważ dręczył człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże i poniżał go, rzucając nim, jakby był zabawką w jego rękach. Szarpał nim i targał go nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim duchowo, degradując jego duszę i ciało. Jezus surowo nakazał nieczystemu duchowi wyjść z człowieka, aby zrobił miejsce Jemu, Zbawicielowi, który nikogo nie zniewala, nie przynosi udręk, lecz pokój.
Swoją surowość ujawnił Zbawiciel także wobec handlarzy, którzy świątynię, dom modlitwy, zamienili w jaskinię zbójców (por. Mk 11,17). Był surowy także wobec faryzeuszów i uczonych w Piśmie, bo ci obłudnicy nie wchodzili do królestwa niebieskiego i w dodatku jeszcze zamykali je przed ludźmi. Nie pozwalali wejść do niego tym, którzy do niego szli (por. Mt 23,13)
Jezus nie był jednak surowy lecz miłosierny wobec grzeszników, którzy żałowali za swoje grzechy. Wobec nich ma zawsze poranione oblicze Zbawiciela, który dla ich ocalenia oddał z miłości życie na krzyżu i oddałby je jeszcze wiele razy, gdyby to mogło pomóc zbawić tych, dla których – z powodu ich zawziętości i uporu w grzechu – Jego męka okazała się bezskuteczna. Surowość Jezusa wynika z Jego miłości. Zawsze przyjmuje ona surowe oblicze tam, gdzie chodzi o wielkie dobro Ojca niebieskiego i ludzi, Jego dzieci.

Jezus ciągle uwalniający człowieka ze szponów złego ducha

„«Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!».” (Mt 1,24-25) Surowość Jezusa wobec złego ducha była równocześnie przejawem miłości i miłosierdzia względem opętanego człowieka. Zbawiciel w sposób zdecydowany obronił go przed dalszymi atakami ducha nieczystego, gdyż nakazał mu w sposób nie dopuszczający sprzeciwu opuścić go. Syn Boży przyszedł na świat, aby umrzeć i zmartwychwstać w swojej ludzkiej naturze. Dzięki zmartwychwstaniu nadal żyje w swoim Kościele i w sposób zdecydowany walczy ze złym duchem, który nadal atakuje ludzi. Swoją wszechmocą pomaga człowiekowi wyzwolić się od siedmiu żmij, którymi posługuje się piekło, aby zniewolić, zatruć i uśmiercić człowieka. Tymi siedmioma żmijami są grzechy, które nazywa się grzechami głównymi: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieuzasadniony gniew połączony z pragnieniem mszczenia się, złe podejście do jedzenia i picia oraz lenistwo obejmujące ciało i duszę. Każda z tych żmij oplata człowieka, aby swoim jadem osłabić, zatruć i w końcu zupełnie uśmiercić w nim miłość. A jej zamarcie jest duchową śmiercią i skazuje na wieczne piekło.
Pycha skłania człowieka do tego, żeby innych traktować jak niewolników lub rzeczy, którymi można się dowolnie posługiwać dla zaspokojenia swoich potrzeb i ambicji. Taki człowiek dba tylko o pozory dobra, a o wygląd zewnętrzny troszczy się bardziej niż o prawdziwe piękno duchowe.
Żmija chciwości swoim jadem zabija miłość, bo człowiek używa tylko dla siebie dóbr materialnych. Gromadzi je dla własnej przyjemności lub z braku zaufania Bogu. Nędza innych, ich potrzeby go nie wzruszają, gdyż bogactwa osłabiły lub zniszczyły miłość i związaną z nią wrażliwość na cierpienie braci i sióstr.
Nieczystość niszczy miłość, ponieważ wszystko, co – według planu Bożego – zostało dane człowiekowi dla przekazywania życia, zostało zamienione na rozrywkę i przyjemność.
Zazdrość jak jadowita żmija zatruwa i zabija życzliwość, chęć uszczęśliwiania innych. Grzech ten uśmierca miłość, gdyż pobudza nie do dawania lecz do smucenia się ze szczęścia bliźniego, co w konsekwencji może doprowadzić do odbierania lub niszczenia tego, co przynosi bliźniemu radość.
Złe podejście do jedzenia i picia to kolejny grzech główny, który jak żmija zatruwa miłość. Człowiek bowiem nadużywa jedzenia, nie troszcząc się o głodnych, którym mała cząstka jedzenia spożywanego, a często w nadmiarze przygotowywanego i w końcu marnowanego, wystarczyłaby do zaspokojeniu głodu. Człowiek zatruty tym grzechem wydaje ogromne pieniądze dla znalezienia przyjemności w jedzeniu. Wymyśla dla siebie najróżniejsze diety, a o głodnych i umierających z głodu nie myśli. Czasem może pomyśli o nich i o „niesprawiedliwym świecie”, lecz nic dla nich nie robi i nie szuka możliwości udzielenia im pomocy przez tych, którzy są wrażliwi na ich los. Nieraz bardziej niż o nich troszczy się o wymyślne karmienie psów i kotów, bo te zwierzęta są mu bliższe niż biedni i nieszczęśliwi ludzie.
Gniew, pragnienie zemsty, złoszczenie się bez słusznego powodu dlatego tylko, że coś nie dzieje się zgodnie z własnymi pragnieniami i oczekiwaniami człowieka to kolejny grzech, który jak żmija zatruwa i uśmierca miłość. Ogarnięty złym gniewem człowiek bardziej jest skłonny do mszczenia się niż miłowania bliźnich, do obrażania ich w gniewie i poniżania.
Lenistwo powoduje, że człowiek oddaje się przyjemnościom, zamiast służyć z miłością bliźnim, zamiast rozwijać dane przez Boga talenty, którymi także mógłby pomagać braciom i siostrom. Jad tego grzechu może ogarnąć także sferę duchową i religijną, niszcząc modlitwę i kontakt z Bogiem. Prowadzi do porzucenia uczestnictwa w liturgii i zaniechania przyjmowania sakramentów. Jezus przyszedł na świat, aby pomóc nam wyzwolić się od tych siedmiu śmiercionośnych żmij lub inaczej mówiąc od apokaliptycznego smoka o siedmiu głowach, który pragnie każdego doprowadzić do śmierci duchowej, czyli do wiecznego piekła, w którym nie ma ani śladu miłości i dobra.
Jezus pomaga każdemu, kto chce się uwolnić z sideł utworzonych przez siedem żmij, czyli przez siedem grzechów głównych. Jeśli ktoś będzie szukał Jego pomocy, to On odpowie – surowym wobec szatana lecz pełnym miłości do człowieka – rozkazem: Milcz, nie oszukuj więcej i wyjdź z niego! Surowości tego głosu nie oprze się żaden duch, który grzechami głównymi mami człowieka.
Ten, kto rozpoznał wielką Bożą pomoc, powinien przyczynić się do rozsławienia między ludźmi Imienia Jezus. To imię znaczy bowiem: „Bóg zbawia”. Potęga Jezusowej pomocy i surowość wobec szatana powinna wzbudzić powszechne zdumienie. On zdecydowanie broni człowieka przed atakami złych duchów, bo wie, że one chcą go zgubić. Dla wszystkich powinna się stać jasna odpowiedź na pytanie, które duch nieczysty zadał Jezusowi w synagodze przez opętanego: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku?” (Mk 1,24) Chce jednego: aby złe duchy straciły moc nad człowiekiem i aby w nim ujawniła się potęga Ducha Świętego. Dlatego Jezus ciągle mówi surowo do każdego złego ducha, piekielnego lub ludzkiego, „Milcz!” Te słowa wypowiedział kiedyś w synagodze. Dzisiaj musi je powtarzać nawet w Kościele, w którym niektórzy stali się zwodzicielami, lekceważącymi i niszczącymi dzieła Boże, a służącymi szatanowi. Dzięki potędze Jezusa, uwalniającej z mocy zła, świat ogarnie wielkie zdumienie, podobne do tego, które przeżyli Żydzi w synagodze, na widok uzdrowienia opętanego. Zdumienie ogarnie świat, bo dzięki potędze słowa Jezusa krzykliwe zło któregoś dnia zamilknie. A słowo Zbawiciela: „Milcz! Wyjdź! Już dosyć!” jest naprawdę surowe wobec zła. Dlatego uciszy ono jego krzyk, ciągle zwodzący świat. Przerażenie wywołane krzykliwym złem zamieni się w radość i uwielbienie Boga. Świat bowiem pozna miłość Boga, ukrywaną czasem za konieczną surowością, i zawoła okrzykiem wielkanocnym: „Alleluja, bo zakrólował Pan Bóg nasz, Wszechmogący!” A będzie to „jakby głos wielkiego tłumu i jakby głos mnogich wód, i jakby głos potężnych gromów...” (Ap 19,6) Zanim jednak to radosne wołanie wzniesie się do nieba, musi zabrzmieć inne: „Przyjdź, Panie Jezu!”. I wszechmogący Pan odpowie: „Zaiste, przyjdę niebawem”. (Ap 22,20)

(Więcej o zniewoleniu przez siedem grzechów głównych tutaj)

Zdumiewająca moc Chrystusa Pana

„A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». (Mk 1,27) Gdy Jezus wypędził ducha nieczystego z opętanego w synagodze, ludzie w zdumieniu pytali jeden drugiego: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą”. To pytanie powinno się rodzić ciągle w ludzkich sercach w obliczu zmartwychwstania Jezusa. „Co to jest? Co za moc, co za potęga!” Istotnie, wielka to moc, bo zabitego Jezusa doprowadziła do życia nieśmiertelnego. Nikt już nie będzie mógł zranić Jego zmartwychwstałego ciała ani pozbawić Go życia. Ta niezwykła moc, która ujawniła się w zmartwychwstaniu Jezusa, objawi się w dniu powszechnego zmartwychwstania ciał. W owym dniu dusze zbawionych i potępionych połączą się z ciałami, które odtąd staną się niezniszczalne i nieśmiertelne. Dokona tego cudu Ten, którego moc jest niezwykła. Wielka to potęga, której nie potrafi się przeciwstawić ani siła złego ducha, ani nawet śmierć!

Imię Jezus, na które zegnie się wszelkie kolano

„«Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!»”. (Mk 1,24-25) Imię Jezus znaczy „Bóg zbawia”, „Bóg jest Zbawicielem”. Zły duch wymienił to imię, mówiąc przez opętanego: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku?” Do Jego imienia znaczącego, „Bóg jest Zbawicielem”, dodał „Nazarejczyku”, aby ukryć Jego Boskie pochodzenie, które jako upadły anioł dobrze znał. Znał je w przeciwieństwie do ludzi, którzy również nazywali Go Jezusem z Nazaretu. Rodacy Jezusa jednak mogli Go tak nazywać, bo – według nich – był tylko człowiekiem, który mieszkał w okrytym złą sławą Nazarecie (por. J 1,46). W głosie złego ducha – który wiedział, że Jezus jest Kimś więcej niż tylko „Świętym Bożym” – zabrzmiało to niemal jak szyderstwo: Jesteś „Bogiem, który zbawia”, z Nazaretu! Szybko jednak przekonał się, że Jezus posiada Boską moc, a Jego imię naprawdę znaczy: „Bóg zbawia”. Jezus jest Tym, którego Bóg „nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM – ku chwale Boga Ojca.” (Flp 2,9-11) Na imię Jezusa zegnie się każde kolano, jednych – z miłości i szacunku, a innych – ze strachu i bezradności wobec potęgi imienia, które nosił prawdziwy Syn Boży: „Bóg, który zbawia”.

Krzyczące zło

„Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.” (Mk 1,23-26) Duch nieczysty wypowiadał przez opętanego człowieka więcej słów niż Jezus. Robił wiele hałasu, bo nawet nie mówił spokojnie do Niego, lecz „wołał”. Szczególnie głośno krzyczał, gdy wychodził z opętanego. Również targanie opętanego zakłócało atmosferę harmonii i spokoju. Krótką, lecz zdecydowaną wypowiedzią Jezus usunął zgiełk, wywoływany przez złego ducha. Mówi się, że zło jest krzykliwe. I w tym wypadku takie było. Duch, który z własnej woli stał się duchem złym i nieczystym, przykuwał uwagę swoim hałasem i okrzykami. Podobnie dzieje się i dzisiaj. Zło krzyczy, aby pokazać, jak jest silne, aby zastraszać, odbierać odwagę tym, którzy chcieliby je usunąć. Ciągle zło jest hałaśliwe, rzucające się w oczy, przykuwające uwagę ludzi. Ale i dzisiaj wystarczy jedno słowo Jezusa, aby umilkło i odeszło, tak jak zły duch opuścił opętanego. I Jezus rzeczywiście ciągle wypowiada swoje potężne słowo, wyzwala wielu ze zła. Jednak ono krzyczy, żeby odciągnąć uwagę od cudów miłosierdzia Zbawiciela, żeby nikt nie zauważył wielkich dzieł Ducha Świętego, pojawiających się masowo w świecie. Szatan krzyczy przez swoich współpracowników, aby nadal zastraszać dobrych i pokazywać, jak jest mocny. To jednak nie przeraża Jezusa i nie zniechęca do wypowiadania słów, które paraliżują zło, ograniczają je i usuwają. Na widok Jego dobroci, miłosierdzia, potęgi, na Imię Jezus – które oznacza: „Bóg zbawia” – zginają się kolana istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. Ciągle nowe języki wyznają – ku chwale Boga Ojca – że Jezus nie jest jakimś zwykłym „Nazarejczykiem”, lecz Chrystusem-Mesjaszem i Bogiem-Synem, Panem (por. Flp 2,9-11). Jest Tym, który krzykliwemu złu nakazuje: „Milcz, odejdź i ustąp miejsca dobru i prawdziwej miłości!” Swoim nieustannym działaniem wykazuje, że przyszedł „wygubić” zło i zakłamanie, aby zamiast niego ogłosić prawdę i utworzyć trwałe dobro. On jest nadzieją dla wszystkich zniewolonych przez złego ducha, a dla niego samego – powodem przerażenia i rozpaczy, bo rzeczywiście przyszedł na świat i pozostał w nim jako Zmartwychwstały, aby „zgubić duchy nieczyste” (por. Mk 1,24). „Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego [jest] wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen.” (Rz 11,36)

UZDROWIENIE TEŚCIOWEJ PIOTRA

Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja.29 Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej.30 On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała.31 (Mk 129-31)

Przywracanie sił, aby można było służyć z miłością innym

„On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała.” (Mk 1,31) Jezus udał się do domu Szymona Piotra i jego brata Andrzeja. Tam teściowa Piotra leżała osłabiona gorączką. Zaraz o tym powiedziano Jezusowi, który przyszedł razem z Jakubem i Janem do domu Piotra. Gdy On ujął ją za rękę, gorączka ją opuściła. Gest podniesienia przez Jezusa za rękę teściowej Piotra pokazał potęgę Zbawiciela nad chorobami, tak jak wcześniej w synagodze ujawniła się moc Jego słowa nad złym duchem. Uzdrawiając kobietę, Jezus przywrócił jej siły, które dobrze wykorzystała, usługując wszystkim. Jezus ujawnił cel swojego przyjścia na nasz świat. On, odwieczny Syn Boży, stał się człowiekiem, aby nas wyzwolić z mocy złych duchów i wszystkiego tego, co przeszkadza nam służyć z miłością Bogu i ludziom.

Ujawnianie się Boskiej mocy Jezusa w Jego słowach i czynach

„Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała.” (Mk 1,29-31) W synagodze Jezus uwolnił opętanego człowieka z mocy ducha nieczystego, a w domu Piotra wyleczył z gorączki jego teściową. W synagodze były wypowiadane różne słowa. Głoszono tam słowo Boże, wyjaśniano je i zanoszono modlitwy do Pana. Także duch nieczysty mówił i wykrzykiwał tam przez opętanego. Jezus skierował tam surowe słowa do ducha nieczystego: „«Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.” (Mk 1,25-26) Inaczej było w domu Piotra. Św. Marek Ewangelista nie przytacza żadnych słów Jezusa, wypowiedzianych tam. Wspomina tylko, że obecne tam osoby powiedziały Mu o chorobie teściowej. A był tam między innymi Jakub i Jan, z którym Jezus poszedł do domu Szymona Piotra i Andrzeja. W synagodze Zbawiciel skierował do ducha nieczystego krótkie, lecz pełne mocy słowa. Ujawniły one potęgę Jezusa, której duch dręczący opętanego się bał. Chociaż złe duchy buntują się przeciwko Bogu i nie stosują się do Jego przykazania miłości, to jednak rozkazowi Jezusa duch nieczysty nie śmiał się sprzeciwić. Bał się Go. W domu Piotra i Andrzeja Jezus nie wypowiedział żadnych słów nad chorą teściową. Podszedł tylko do niej i podniósł ją za rękę. Ten gest ujawnił Jego moc i gorączka opuściła chorą. Nabrała sił, aby usługiwać obecnym w domu.
Jezus dokonywał cudów swoją Boską potęgą. Aby się nią posłużyć, nie musiał nic mówić ani wykonywać żadnych gestów. Wystarczyło samo tylko wewnętrzne pragnienie dokonania czegoś nadzwyczajnego. Jeżeli przy cudownych działaniach coś mówił lub wykonywał jakieś gesty, to czynił to wyłącznie ze względu na osoby, którym wyświadczał jakąś potężną usługę lub ze względu na jej otoczenie. Słowa Jezusa i wykonywane przez Niego czyny lub nawet – jak w tym wypadku – pójście i podejście do jakiejś osoby uświadamiały ludziom, że to nie kto inny lecz On działa. Dzięki słowom i czynom Zbawiciel umacniał w ludziach wiarę w swoją Boską potęgę.

Służyła jak Ten, który ją uzdrowił

„Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała.” (Mk 1,30-31) Nie wiadomo, czy teściowa Szymona Piotra była poważnie chora czy nie. Miała gorączkę i przez to była na pewno bardzo osłabiona. Nie chodziła, lecz leżała. Nie wdając się w ocenę jej stanu chorobowego, powiedziano Jezusowi o niej. Obecne tam osoby nie szukały innych rozwiązań. Natychmiast oddały sprawę w Jego ręce, bo wiedziały, że osłabiona gorączką kobieta potrzebuje przede wszystkim Jego pomocy. On zaś podszedł do niej i uzdrowił ją. Nie powiedział, że choroba nie jest groźna i sama ustąpi, lecz przywrócił jej zdrowie. Przez to umocnił wiarę wszystkich w swoją ogromną moc, która pokazywała, że nie jest zwykłym człowiekiem.
Jezus podniósł za ręką chorą kobietę, uzdrowił ją, a ona właściwie wykorzystała przywrócone zdrowie. Gdy tylko odzyskała siły, bo opuściła ją gorączka, usługiwała im. Nie tłumaczyła się, że jest jeszcze słaba po chorobie, że potrzebuje wypoczynku i obsługiwania. Nie czekała, aby jej służono, lecz sama zaczęła służyć. Przez to stała się podobna do Tego, który ją uzdrowił. Chociaż jeszcze nie znała Jego nauczania, dostosowała się do Jego przykładu i do słów, które miał wypowiedzieć w przyszłości do swoich uczniów: „A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.” (Mt 20,27-28)
Usuwając gorączkę, Jezus przywrócił teściowej Piotra zdolność służenia z miłością innym. Przez to umocnienie nie zniewolił jej jednak, nie odebrał jej wolności. Mogła przecież albo usługiwać wszystkim, albo odpoczywać i domagać się służenia jej ze względu na przebytą chorobę. Jako uzdrowiona musiała podjąć dobrowolną decyzję. Wybrała to, co nie egoizm lecz miłość jej podyktowała: nie wypoczynek, bezczynność, lecz – usługiwanie z miłością.
Całe to wydarzenie pokazuje nam, że łaska potrzebuje współdziałania z wolną wolą człowieka. Chora potrzebowała łaski uzdrowienia, aby odzyskać zdolność służenia. Gdy jednak ją uzyskała w cudowny sposób, musiała zadecydować, jak się zachowywać: służyć odzyskanymi siłami lub pogrążyć się w leniwej bezczynności. Była wolna i mogła postępować w różny sposób. Bez łaski uzdrowienia jednak jej możliwości usługiwania były ograniczone. Nawet gdyby bardzo chciała, nie potrafiłaby usługiwać przybyłym osobom.

Wszędzie i o każdej porze można czynić dobro

„Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja.” (Mk 1,29) Gdziekolwiek Jezus się znajdował, tam czynił dobro: w synagodze, w domu Piotra i Andrzeja, w świątyni, w różnych miejscach, gdzie gromadzili się ludzie. Czynił dobro, gdy umierał na krzyżu, gdy zstąpił do otchłani, gdy zmartwychwstał i wstąpił do nieba. Przez to pokazał nam, że każdy człowiek został stworzony do czynienia dobra i pomnażania go. W każdym miejscu i w każdym momencie możemy również my możemy je tworzyć i umacniać. Trzeba się tylko na chwilę zastanowić, a znajdziemy jakąś możliwość np. przez dobre wykonywanie swojej pracy z myślą o tych, którym ma dobrze służyć; przez jakąś nawet bardzo krótką modlitwę, płynącą z serca, przez ofiarowanie swojego aktualnego wysiłku lub cierpienia Panu itp.
Każdy kto tak jak Jezus czyni dobro, pobudza innych do naśladowania szlachetnego działania. Naśladowali to działanie uczniowie Jezusa, którzy żyli na ziemi w ciągu wieków. Uczyli się go, wpatrując się jak Jakub, Jan, Szymon, Andrzej i wielu innych w dobroć Tego, którego wybrali na swojego Nauczyciela.
Zrozumiała potrzebę czynienia dobra także uzdrowiona przez Jezusa teściowa Piotra. Doznała od Niego wielkiej łaski, dlatego sama też zaczęła wszystkim usługiwać, czyli wyświadczać dobro. Uznała – od razu lub po jakimś czasie – że chwila i miejsce jest odpowiednie, by czynić to, do czego został powołany człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, który istnieje na sposób daru, ponieważ jest wieczną Miłością. To Jezus swoją dobrocią pobudził ją do dobrego działania.

Jezus lekarzem duszy i ciała, mogącym uleczyć nasz świat

„On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała.” (Mk 1,31) To nie chora podeszła do Jezusa, lecz On podszedł do niej. Nie ona podniosła się na posłaniu, lecz On ją podniósł, ująwszy ją za rękę. Od niej zależało tylko jedno: nie odepchnąć od siebie podchodzącego Jezusa i poddać się Jego działaniu. On bowiem zawsze leczy i zawsze podnosi: moralnie, duchowo i fizycznie. Nigdy trzciny „zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi” (Mt 12,20; por. Iz 42,1-4). Tak się Jezus zachował i tym razem: podniósł chorą, ująwszy ją za rękę, uleczył ją z gorączki i umocnił, aby usługiwała. I dzisiaj Jezus Chrystus zmartwychwstały potrafi i chce w swoim Miłosierdziu uleczyć świat ze wszystkich jego chorób moralnych i duchowych. Stale podchodzi, ujmuje za rękę i chce podnieść. Trzeba jednak pozwolić Jego Ręce nas podnieść, aby wszelkie światowe „gorączki” – które rodzą urojenia i halucynacje – nas opuściły i abyśmy zaczęli z miłością służyć Bogu i naszym braciom i siostrom.

LICZNE UZDROWIENIA

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych;32 i całe miasto było zebrane u drzwi.33 Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.34 (Mk 1,32-34)

Nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć potęgą swojej miłości

„Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,32-34)
Syn Boży nie wcielił się w Niepokalanym Łonie Maryi Dziewicy i nie przyszedł na świat, aby – w otoczeniu służby i pochlebców – żyć przyjemnie i w dostatkach. Nie taki styl ziemskiego życia odpowiadał Jego Boskiej naturze, lecz służenie z miłością ludziom. Bóg jest bowiem Miłością, czyli stałym miłosnym nieskończenie wielkim obdarowywaniem się w Boskim życiu Trójcy Świętej. Trójca Święta to jakby odwieczny „Uścisk Miłości” Boskich Osób. Z tego powodu Syn Boży, który przyjął ludzką naturę, nie mógł żyć inaczej, jak tylko obdarowując i służąc, czyli – okazując miłość. Św. Marek wspomina mały fragment tej Boskiej służby. „Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił...” (Mk 1,34)
Zbawiciel odróżniał chorych od opętanych. Pomagał jednak jednym i drugim, uwalniając ich od jednego i drugiego nieszczęścia. Służył swoją Boską potęgą, która pozwalała Mu leczyć rozmaite choroby: fizyczne, psychiczne i duchowe, utrudniające czynienie dobra i ułatwiające grzeszenie. Żaden rodzaj choroby nie stanowił przeszkody dla Jego potęgi. Dzięki swojej Boskiej mocy wyrzucał także złe duchy, które nie potrafiły się Mu sprzeciwić. Uzdrowił wszystkich, którzy szukali Jego pomocy z wiarą w Jego moc. A było ich wielu. Także złe duchy wyrzucił z opętanych, którzy do Niego przyszli lub zostali doprowadzeni przez dobrych ludzi. I wiele było tych duchów, które wyrzucił.
Jezus zabraniał złym duchom mówić przez opętanych na Jego temat. Zakazywał im tego, bo chociaż one – jako upadłe duchy – wiedziały, kim jest, to mogłyby użyć swojej wiedzy przewrotnie, łącząc z kłamstwami i innymi sposobami zwodzenia ludzi, którzy słyszeli ich wypowiedzi. Kiedy Jezus nauczał, Duch Święty oświecał ludzkie serca, aby właściwie rozumiano Jego słowa. Samowolnym wypowiedziom złych duchów takie oświecenie nie musiało towarzyszyć, dlatego ich słowa o Chrystusie mogły być rozumiane błędnie. To On, Syn Boży, miał głosić Dobrą Nowinę, a nie duchy, które Go nienawidziły i chciały przeszkodzić Jego dziełu odkupienia i zbawienia świata.
Jezus przyszedł na świat, aby wykonać dzieła, które zlecił Mu Ojciec i aby przekazać nam to, co słyszał od Ojca (por. J 8,26). Chociaż upadłe duchy wiedziały, kim jest Jezus, to jednak nie posiadały Jego Boskiej wiedzy, a ponadto z całą zawziętością niszczyły dobre dzieła Boże. Również ich słowa, wypowiadane o Nim przez opętanych, były przekazywane w celu utrudnienia Mu wykonania Bożego planu zbawienia. Nawet jeśli mówiły prawdę o Chrystusie, to wypowiadały ją nie wtedy, kiedy to było odpowiednie, a to mogło utrudniać Mu działanie zlecone przez Ojca.

W Jezusie zbliżyło się Boże królestwo dobra i prawdy

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34)
Jezus uzdrawiał tych, których dotknęły różne choroby, i tych których zaatakowały złe duchy przez swoje opętanie ich. Choroby utrudniają człowiekowi życie na ziemi, a działanie złych duchów utrudnia ludziom osiągnięcie życia wiecznego – nieba. Jezus przyszedł na świat, aby pokonać „władcę” tego świata, szatana. Swoją moc nad nim Jezus ujawnił, opierając się jego pokusom na pustyni (por. Mt 4,1-11). Nie dał się omamić jego przebiegłymi próbami odciągnięcia Go od wypełnienia Bożego planu zbawienia. Uwalniał również opętanych przez złe duchy i zmuszał je do milczenia. To nie ich lecz Jego głos miał rozbrzmiewać z całą swoją mocą na ziemi.
A kiedy wydawało się, że piekło triumfuje nad Jezusem – bo już potężni, wpływowi i wielcy tego świata szukali sposobu ujęcia Go i zabicia – On stwierdził, że zbliża się sąd i wielkie ograniczenie mocy złego „władcy tego świata”. Powiedział: „Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie.” (J 12,31-32)
Od chwili swego przyjścia na świat Jezus rozpoczął wielkie dzieło przyciągania ludzi do siebie i odciąganie ich od szatana, „władcy tego świata”. On – Zbawiciel i Król, wywyższony na krzyżu i zmartwychwstały – przyciąga do Siebie ludzi, dając im siłę opierania się złym wpływom zdeprawowanych duchów piekielnych i ludzkich. Ciągle dokonuje się też sąd nad światem. Polega on na tym, że ludzie dzielą się na tych, którzy pozwalają się przyciągnąć przez Miłość, ukrzyżowaną za nasze grzechy i zmartwychwstałą, i na tych, którzy ciągle chcą znajdować się pod wpływami „władcy tego świata”, którego los jest przesądzony: „Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony.” (J 12,31)
Szatan zna swoją ziemską przyszłość; dobrze wie, co oznacza wypowiedziane przez Jezusa „teraz”. Zdaje sobie sprawę, że owo „teraz” nie jest przejęzyczeniem się Jezusa. Dlatego wpada w gniew i pragnie jeszcze za wszelką cenę pokazać, że nadal jest „władcą tego świata”. Wie jednak, że mało ma czasu na zwodzenie i terroryzowanie ludzkości, jak o tym wspomina Księga Apokalipsy: „Dlatego radujcie się, niebiosa i ich mieszkańcy! Biada ziemi i morzu – bo zstąpił na was diabeł, pałając wielkim gniewem, świadom, że mało ma czasu.” (Ap 12,12) Ma mało czasu, ponieważ to nie jakiś „władca” lecz prawdziwy „Król ziemi i wszechświata” został wywyższony na drzewie krzyża i rozpoczął potężne dzieło przyciągania do Siebie ludzkich serc swoją niepojętą i nieskończoną miłością, której płomień ujawnił się przed światem na krzyżu. Odtąd przebite Boskie Serce przyciąga i przyciąga do Siebie...
Złe duchy, które Jezus wypędzał z opętanych, wiedziały, kim On jest. Wiedziały, że przyszedł burzyć ich królestwo na ziemi i i zakładać królestwo zupełnie inne – Swoje, Boże. Jakieś szczątki i ruiny ich królestwa zła i kłamstwa pozostaną na ziemi, jednak prawdziwym i wiecznym królestwem będzie Jego niebieskie królestwo dobra i prawdy.

Jezus wybawiający nas „ode złego”

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Uzdrawianie z różnorodnych chorób i wyzwalanie opętanych z mocy złych duchów pokazuje kierunek działania Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Przyszedł na świat jako Zbawiciel, aby wybawić „ode złego” – jak to wyrażamy w modlitwie „Ojcze nasz”. Ostatecznie wyzwoli On zbawionych ze wszystkich form cierpienia i zła dopiero w domu Ojca. Niebo będzie wiecznym i niezakłóconym szczęściem. Tam w całej pełni zrealizuje się to, co zostało zapowiedziane: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już (odtąd) nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły.” (Ap 21,4) Tak się stanie dzięki wszechmogącemu działaniu Boga Ojca, Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, i Ducha Świętego. Cierpiąc i umierając w udrękach na krzyżu, Jezus otworzył nam drogę do wiecznego szczęścia w królestwie dobra i prawdy.

Jezus nie usunął cierpienia, ale pokazał, jak od niego uwalniać świat

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Lecząc rozmaite choroby Jezus pokazał, że ma moc uwolnienia człowieka od każdego cierpienia. Wielu chorych rzeczywiście uzdrowił, jednak nie usunął całkowicie cierpienia z tego świata. Zamiast tego nauczył swoich wyznawców tak żyć, żeby sami nie tylko nie powiększali cierpień ludzkich na ziemi, lecz je usuwali lub przynajmniej zmniejszali. Tym nie tylko polecanym lecz wręcz nakazanym przez Niego sposobem pomniejszania cierpienia jest miłość połączona z miłosierdziem. Mówiąc o sądzie ostatecznym (por. Mt 25,31-46), Jezus wyraźnie pouczył, że ci, którzy nic nie robią, żeby przynajmniej zmniejszyć ludzkie cierpienie, zagrażają swojemu zbawieniu. Do nakazanych przez Niego środków pomniejszających cierpienie należą: nakarmienie głodnych, napojenie spragnionych, przyjęcie tych, którzy nie mają dachu nad głową i przybyszów; przyodzianie tych, który nie mają ubrań; odwiedzenie chorych i więźniów. Od usuwania lub zmniejszania cierpień ludzkich lub od uchylania się od tego obowiązku zależy zbawienie lub potępienie człowieka: „Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. (...) Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.” (Mt 25,34-46) Jezus swoich wyznawców uczy życia opartego na prawdzie i pomnażaniu dobra, a to łączy się z pomniejszaniem i usuwaniem cierpień. Uczy także unikania grzechu, bo jest on złem krzywdzącym ludzi – i tych, którzy grzeszą, i tych, przeciwko którym grzeszący człowiek występuje.

Dzięki Jezusowi nasze cierpienie może mieć wielką wartość

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Chrystus usunął wiele cierpień ludzkich, uzdrawiając z chorób i wyrzucając złe duchy z opętanych. Nakazał także swoim uczniom – przez czyny miłości i miłosierdzia – usuwać lub przynajmniej zmniejszać ludzkie cierpienie (por. Mt 25,34-46). Jednak pomimo tych wysiłków nie zawsze można je usunąć.
Istniejące nadal cierpienia i śmierć nie muszą – dzięki Jezusowi – być bezużyteczną i bolesną częścią ludzkiego życia na ziemi. Mogą się stać czymś wartościowym i bardzo pożytecznym dla rozwoju duchowego człowieka i dla jego wiecznego zbawienia. Przyczynią się do jednego i drugiego, o ile zostaną przyjęte tak, jak to uczynił Jezus – z poddaniem się woli Boga, który najlepiej wie, co dla człowieka jest najbardziej korzystne. Sam Zbawiciel, Jezus Chrystus, Syn Boży, dał nam przykład, jak to zrobić. W obliczu bliskiej śmierci i wszystkich połączonych z nią udręk, zalany krwią wydobywającą się wraz z potem z Jego ciała, modlił się: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i umacniał Go. Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię”. (Łk 22,42-44) Ze względu na nasze zbawienie – które zawdzięczamy wypiciu przez Jezusa kielicha cierpienia – oddalenie go od Zbawiciela byłoby dla nas nieszczęściem. Dlatego Ojciec dał Synowi do zrozumienia, że chce naszego zbawienia za cenę Jego cierpienia i śmierci, jednak przez anioła umocnił Go w przeżywanych udrękach.
Fakt, że Jezus dobrowolnie przyjął wszystkie cierpienia – włącznie ze śmiercią krzyżową – przemienił radykalnie naszą sytuację na ziemi, na której od upadku pierwszych rodziców pojawiło się cierpienie. Wszystko zmieniło się przez Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ponieważ Jezus zmartwychwstały żyje przy nas, pośród nas i w nas, dlatego możemy razem z Nim nieść krzyż naszych codziennych cierpień. Jeśli to uczynimy i przyjmiemy – jak On – postawę poddania się woli Ojca, to przyczynimy się wraz z Nim do zbawienia wielu ludzi. Będziemy bowiem dopełniali w swoim ciele udręk, których brakło Chrystusowi, jak o tym pisze prześladowany i cierpiący na różne sposoby św. Paweł: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. (Kol 1,24)
Gdyby Jezus Chrystus nie umarł i nie zmartwychwstał, żaden człowiek nie miałby prawa wypowiadać podobnych słów, ponieważ żadne cierpienie nie miałoby zbawczego sensu. Byłoby tylko bezsensowną udręką, która towarzyszyłaby każdemu człowiekowi na ziemi, a po śmierci – w wiecznym piekle. Tylko Jezusowi Chrystusowi, ukrzyżowanemu i zmartwychwstałemu dla nas, zawdzięczamy to, że różne udręki – których nie umiemy się pozbyć w pełni – nie muszą być wyłącznie bezsensownym bólem. Można bowiem z Chrystusem – zwłaszcza przyjmowanym w Komunii św. – zamienić je w cierpienia zbawcze.
Wbrew powtarzanej opinii, że „cierpienie uszlachetnia”, nie zawsze tak się dzieje. Uszlachetnia i rozwija ducha tylko cierpienie znoszone tak, jak to uczynił Jezus – cierpliwie i z poddaniem się woli Bożej. Taka przyjęta w cierpieniu postawa uszlachetnia, ponieważ umacnia miłość do Boga i do ludzi, za których jest ono ofiarowane. Nie uszlachetnia się natomiast w cierpieniu człowiek, który bluźni Bogu i w swoim bólu staje się egoistyczny i nieznośny dla otoczenia. Człowiek, który przyjmuje taką postawę, marnuje szansę duchowego rozwoju, jaką dawały mu bolesne wydarzenia jego życia.

Jezus wybawicielem od kultu bożków i opętania przez fałszywe ideologie

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Uwalnianie przez Jezusa opętanych z mocy złego ducha pokazuje, że On, jedyny prawdziwy Zbawiciel, chce wesprzeć każdego człowieka i cały świat, aby wyzwolił się z mocy zła i wpływów diabła. Przez Jezusa Ojciec odpowiada na prośby, które zanosimy do Niego w modlitwie „Ojcze nasz”: „...ale nas zbaw ode złego. Amen”. Tym złem, zagrażającym naszemu zbawieniu, są nie tylko upadli aniołowie, którzy odciągają nas od Boga i przyciągają do czegoś, co nas niszczy duchowo i prowadzi do potępienia. Tym, co nas odwraca od Stwórcy i Jego królestwa, jest także mentalność świata, czyli pewien klimat, wzorce postępowania, które w gruncie rzeczy są oddawaniem kultu różnym bożkom. A wielu jest tych fałszywych bogów.
Można do nich zaliczyć bogactwo, sławę, pychę (ukrywaną nieraz za maską „dumy”), przyjemność, samowolę krzywdzącą bliźnich i depczącą miłość, ciało, jedzenie, nieczystość, rozleniwienie, mszczenie się, egoistyczne pożądliwości itp. „Kapłanami” tych bożków stają się różnego rodzaju „filozofowie” i ideolodzy, którzy wymyślają swoje „ewangelie” i rozgłaszają je światu przez zmanipulowanych przez siebie fanatycznych „apostołów”, obiecujących niezwykłą radość za oddawanie kultu któremuś z tych fałszywych bogów. Ci „apostołowie” bożków mają do dyspozycji środki społecznego przekazu, dzięki którym mogą docierać do ogromnych rzesz. Ulegają jednak im tylko ci, którzy nie umiłowali prawdy i przez to nie odróżniają ciemności od światła, prawdy od kłamstwa, manipulacji i propagandy; Ewangelii Chrystusa – od modnych nauk, mających pozory mądrości i przez to gubiących tych, którzy słowem Bożym wzgardzili i odrzucili „mądrość krzyża”.
Człowiek sfanatyzowany i „opętany” jakąś ideologią potrzebuje pomocy Chrystusa, światła Ducha Świętego, aby się wyzwolić z błędu i fałszu, który jak zły duch nim zawładnął i wykrzykuje wobec ludzi wszystkie brednie i bzdury, którym pozwolił się uwieść. Tych ludzi potrafi uzdrowić tylko wszechmocny Jezus. Swoim światłem, o ile zostanie przyjęte, potrafi rozjaśnić nawet największe duchowe „ogłupienie”, któremu człowiek oddał się bezmyślnie w posiadanie, przez które został „opętany” jak przez złego ducha.

Uzdrawianie dotkniętych chorobą egoizmu

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Uzdrawianie chorych, wyrzucanie złych duchów i zmuszanie ich do milczenia pokazuje, że Jezus potrafi nas wyzwolić od każdego zagrożenia. Jednym z nich, najbardziej rozpowszechnionym, jest tkwiący w samym człowieku brak harmonii między rozumem, emocjami i pożądaniami. Powoduje on, że ludzkie myślenie staje się tendencyjne, stronnicze, nieobiektywne, a nieraz – fanatyczne. Ten wewnętrzny nieporządek naciska na wolną wolę, która bardzo częsta nie wybiera tego, co podsuwa rozsądek, roztropność, sumienie, lecz – emocje, egoizm, złe nawyki i przyzwyczajenia.
Każdy człowiek, który się zastanawia nad swoim postępowaniem, może powtórzyć za św. Pawłem: „Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. (...) Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu.” (Rz 7,14-25) Ten wewnętrzny nieład, który nosi w sobie każdy, powoduje, że nawet człowiek znający prawdę i pragnący dobra często postępuje wbrew rozumowi – czyli wbrew sumieniu – i grzeszy, podążając za narzucającym mu się egoizmem. Zachowuje się jak niewolnik, zmuszany do wykonywania prac niezgodnych z jego pragnieniami.
Św. Paweł poucza, że z tego zniewolenia przez egoizm i różne pożądliwości potrafi nas wyzwolić tylko Jezus Chrystus, pokazujący wyraźnie sposób postępowania i umacniający nas Swoją łaską. Mając pewność Jego pomocy, kończy on swoje rozważania na tema duchowego zniewolenia okrzykiem wdzięczności: „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!” (Rz 7,24) Jezus, który uzdrowił „wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił” (Mk 1,34), chce i potrafi nas umocnić, abyśmy potrafili oprzeć się presji tkwiącego w nas egoizmu, który przyjmuje postać siedmiu grzechów głównych, czyli: pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, złego podejścia do jedzenia i picia, niesłusznego gniewu i rozleniwienia, obejmującego także sferę duchową. Aby zdobyć siły do opierania się pokusom egoizmu, potrzebujemy pokarmu, którym jest słowo Boże oraz Ciało i Krew Chrystusa. Przyjmuje ten pokarm człowiek, który słowo Boże rozważa i przystępuje z pokorą i dobrym nastawieniem do Komunii św. i który szuka uwolnienia z grzechów w sakramencie pokuty.

(Więcej o zniewoleniu przez siedem grzechów głównych tutaj)

Czy uzdrowieni przez Jezusa chorzy mogli ponownie zachorować?

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Jezus uzdrowił w cudowny sposób wielu chorych. To uzdrowienie nie chroniło ich jednak od śmierci ani od nowych chorób. Mogło chronić, ale nie musiało. Uzdrowiony człowiek mógłby popaść ponownie w chorobę, gdyby żył w sposób, który sprzyjałby jej nawrotowi. Tak to bowiem jest, że nawet wtedy, gdy doznajemy jakiegoś cudownego uzdrowienia np. duchowego, nie jesteśmy zwolnieni od współpracy z otrzymanym darem. Wyleczony przez lekarza człowiek musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby lekkomyślnie nie zniszczyć odzyskanego zdrowia. To samo dotyczy zdrowia otrzymanego w sposób cudowny od Jezusa.
Zasada – dotycząca współdziałania z otrzymanym od Boga darem – odnosi się także do życia Bożego w człowieku. Powinna być stosowana w odniesieniu do łaski zdrowia nadprzyrodzonego, otrzymanego w cudowny sposób od Trójcy Świętej. Duchowym zdrowiem jest życie oparte na Bożej prawdzie i na Bożych przykazaniach. Każdy – nawet najbardziej spektakularnie nawrócony człowiek – musi nadal codziennie się nawracać, czyli odwracać się od grzechu i egoizmu i zwracać się ku Bogu, aby Go coraz bardziej miłować. Każdy musi ciągle się wyzwalać z egocentrycznego zainteresowania sobą i troszczyć się z miłością o ludzi, uznawanych za braci i siostry. Nawet cudownie nawrócony człowiek musi – tak jak wszyscy inni uczniowie Jezusa Chrystusa – przystępować do sakramentu spowiedzi św. Musi też pracować nad swoimi wadami i nałogami i unikać bliskich okazji do grzechu, aby się w nim ponownie nie pogrążyć. Aby duchowe zdrowie nawróconego człowieka nie załamało się, musi przyłożyć się do wykonywania czynów wyrażających miłość do Boga i do ludzi. Każdy bowiem czyn płynący z miłości, a nawet słowa i myśli, które się z niej rodzą, są dla zdrowia duchowego czymś podobnym do witamin, koniecznych do utrzymania zdrowia ciała.
Coś podobnego jak z powracającą chorobą może się stać ze złym duchem, od którego człowiek został uwolniony. Może on powrócić i ponownie zdeprawować go w sposób gorszy niż wcześniej, bo – według łacińskiego powiedzenia – upadek najlepszego najgorszy jest. Powiedział o tym sam Jezus, pouczając: „Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, ale nie znajduje. Wtedy mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem; a przyszedłszy zastaje go nie zajętym, wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze z sobą siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni. Tak będzie i z tym przewrotnym plemieniem.” (Mt 12,43-45) Jeśli ktoś nie chce, żeby ponownie zrujnował go duch nieczysty, to powinien trwać niewzruszenie przy Chrystusie. Jego moc bowiem chroni i uwalnia „ode złego”.

Potrzebna jest troska o otrzymane od Boga dary. Ćwiczenia duchowe

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34)
Któregoś dnia Jezus uzdrowił człowieka, który od trzydziestu ośmiu lat nie umiał chodzić. Gdy go spotkał w świątyni, powiedział do niego: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. (J 5,14) Zbawiciel pouczył go, że powinien troszczyć się o otrzymany dar zdrowia i nie używać do źle, dla grzeszenia. Również nas poucza, że należy dobrze używać tego, co od Boga otrzymujemy, i chronić otrzymane dary przed zniszczeniem. Troszczyć się trzeba o zdrowie ciała i duszy, bo jedno i drugie jest darem Bożym.
Dla utrzymania zdrowia fizycznego ciało potrzebuje jedzenia, ruchu, a nieraz dodatkowo jeszcze – ćwiczeń gimnastycznych. Podobnie jest w sferze życia Bożego. To nadprzyrodzone życie potrzebuje pokarmu duchowego, tak jak ciało wymaga pożywienia materialnego. Pokarmem duchowym dla duszy jest każde modlitewne i sakramentalne spotkanie z Jezusem. Napełniamy się odżywczymi i umacniającymi łaskami Jego miłosierdzia w sakramencie pojednania. Nieodzownym pokarmem dla podtrzymywania w człowieku życia Bożego jest rozważanie słowa Bożego, medytowanie go i ocenianie – w jego świetle – swojego postępowania i wszystkiego, co się dzieje wokół nas na świecie.
Niezwykłym pokarmem duchowym jest przede wszystkim Ciało i Krew Jezusa. Dzięki Komunii św. umacnia się nasza dusza w prawdzie, miłości i świętości. Przez eucharystyczne zjednoczenie z Jezusem Chrystusem nasz duch się uświęca, a ciało otrzymuje „zadatek” swojej przyszłej nieśmiertelności, która stanie się faktem dzięki zmartwychwstaniu w dniu ostatecznym. Jednoczenie się z Jezusem zmartwychwstałym przez Komunię św. przygotowuje nasze ciała do przyszłego chwalebnego zmartwychwstania – nie na potępienie, lecz do życia w szczęściu nieba (por. J 5,29). Eucharystia jest „chlebem życia”, bo jednoczy nas z Tym, który jest Życiem i równocześnie Pokarmem, rozbudzającym i utrzymującym w naszych duszach życie wieczne.
Wielcy przewodnicy duchowi, których Opatrzność dała ludzkości, zalecają dla podtrzymania i rozwoju życia Bożego w nas różne „ćwiczenia duchowe (duchowne)”. Noszą one różne nazwy. Oto niektóre z nich:
częste nawiedzanie Najświętszego Sakramentu, adorowanie Chrystusa, uwielbianie Go i wynagradzanie Mu za grzechy świata; codzienne czytanie lub słuchanie Pisma świętego, książek i materiałów internetowych, które zbliżają nam słowo Boże; medytowanie prawd Bożych, np. zawartych w Credo i modlitwach, które znamy na pamięć;
pełne uwielbienia i wdzięczności kontemplowanie bliskiego nam Boga, Jego obecności, dobroci, miłości i innych Jego przymiotów; trwanie przez jakiś czas w Jego obecności; robienie wszystkiego wraz z Jezusem i tak, jak On tego chce; powtarzanie sobie, że nie ja coś robię, ale „my” – czyli Jezus zmartwychwstały i ja; powtarzanie w ciągu dnia różnych aktów strzelistych, wersetów z psalmów itp.;
korzystanie z kierownictwa duchowego, np. w czasie regularnej spowiedzi św., rekolekcji i dni skupienia:
poświęcanie każdego dnia Sercu Jezusa i Maryi siebie, naszych bliskich i potrzeb całego świata; praktykowanie pierwszych piątków i sobót miesiąca;
noszenie krzyżyka, medalików, koszulek ze znakami religijnymi, stroju kapłańskiego lub zakonnego, naklejanie różnych symboli chrześcijańskich na swoje samochody – czyli czegoś, co przypomina o istnieniu Boga i innego świata niż ten, który nas otacza.
Ćwiczeń duchowych i praktyk jest mnóstwo, ale wspólne mają to, że przypominają człowiekowi w ciągu dnia o stałej obecności Boga i przybliżają mu Jego zbawienne pouczenia. Wszystkie te ćwiczenia są jakąś formą kontaktu z Bogiem i z Jego słowem. Izolują nas – przynajmniej częściowo od kłamstw i fałszu, którym świat nas codziennie zalewa – i uodparniają na duchową truciznę, która jest nam narzucana.
Wszystkie ćwiczenia duchowe mają za zadanie otworzyć nasze serca na Boga i skłonić do wypełniania Jego woli. I to jest ich niezwykle ważna rola. Jeśli ktoś zauważa, że wszystkie jego praktyki religijne pobudzają go do wypełniania jak Maryja Bożej woli, to może ufać, że idzie dobrą drogą. Jeśli natomiast człowiek oddaje się różnym praktykom religijnym, wykonuje mnóstwo „ćwiczeń duchowych”, a nie pragnie coraz bardziej wypełniać Bożych pragnień, to powinien się obawiać, że jego religijność jest płytka i czysto zewnętrzna.
Jeśli jakaś praktyka religijna umacnia w sercu człowieka pragnienie wypełniania woli Bożej, to jest dla niego najlepszym „ćwiczeniem duchowym”, które powinien nadal wykonywać. Nie musi go zastępować żadnymi innym praktykami. Nie musi dążyć do zmienienia swojego „typu” duchowości i przechodzić na inną, którą może ktoś mu przedstawia jako bardziej „skuteczną”. Skuteczną bowiem praktyką religijną i dobrym „ćwiczeniem duchowym” jest tylko to, które codziennie otwiera serce człowieka na Boga, pobudza go do miłowania Go ze wszystkich sił i do wypełniania – jak Maryja – Jego woli, Jego pragnień. Dobrze wykonywane „ćwiczenia duchowne” nigdy nie osłabiają miłości do bliźniego, lecz stale ją podtrzymują i rozpalają na nowo, gdy jej płomień gaśnie, zalewany wodą egoizmu.
Warto się zastanowić, czy nie błądzę, gdy karmię się tylko czymś, co – zamiast pobudzać do wypełniania w życiu woli Bożej i do miłości – rozbudza moją ciekawość (np. dotyczącą przyszłości) i skłania nie do modlitwy za Kościół, papieża, duchowieństwo, lecz do krytykowania, posądzania i potępiania.

Niestrudzona pomoc okazywana przez Jezusa

„Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi.” (Mk 1,32-33) Dzień się skończył, słońce zaszło, nastał wieczór, jednak nie zakończyła się dobroczynna działalność Jezusa. Udzielał pomocy chorym i opętanym, których do Niego przynoszono. Zbawiciel pokazał nam, że pomaga o każdej porze, dlatego możemy na Niego liczyć za dnia i w nocy. W każdej chwili możemy do Niego się udać, tak jak to uczynili mieszkańcy miasta, którzy zgromadzili się u drzwi domu Jego przebywania. On nigdy nas nie odepchnie od Siebie, zawsze nam pomoże.

Ukazywanie swojej Boskości przez Jezusa przed otwartym mówieniem o niej

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.” (Mk 1,34) Złe duchy wiedziały, kim naprawdę jest Jezus, ludzie – nie. Przed nimi miała się dopiero stopniowo odsłaniać tajemnica Jego Boskiego pochodzenia. Złe duchy już znały to, co ludzie dopiero mieli poznawać, patrząc na wielkie dzieła Jezusa i słuchając słów, wyrażających Jego Boską mądrość. Przed ludźmi Boże Synostwo Jezusa miało się odsłaniać stopniowo – przez Jego nadzwyczajne czyny, cuda, mądrość i dobroć. Słowa objawiające Jego Boską naturę miały się pojawić dopiero później, gdy ludzie byli już w pewien sposób przygotowani na przyjęcie tej zaskakującej prawdy.
Żydzi wprawdzie czekali na Mesjasza, nie wiedzieli jednak, że będzie On nie tylko jakimś wyjątkowym posłańcem Bożym, lecz prawdziwym Synem Bożym, równym Ojcu. Jezus wiedział, jak i kiedy objawiać ludziom prawdę o Sobie. Wiedział, że musi się to dokonywać bardzo mądrze i roztropnie, aby nie narazić się na śmierć przed zakończeniem swojego nauczania. Bardziej zatem ukazywał swoją Boskość czynami niż o Niej mówił słowami. Złe duchy chciały zniweczyć mądre i roztropne postępowanie Jezusa i przez opętanych mówiły, kim On jest. Chciały mówić o tajemnicy Jego Boskości przed ludźmi nieprzygotowanymi na przyjęcie tej prawdy, dlatego Jezus je uciszał: „nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest”. (Mk 1,34). Złe duchy odrzuciły Jezusa, chociaż wiedziały, kim On jest, ludzie natomiast dopiero stali przed wielkim wyborem uwierzenia w Jego Boskość i pójścia za Nim lub odrzucenia Go, tak jak to uczynili upadli aniołowie.
Aby Żydzi nie zabili Jezusa jeszcze przed pełnym objawieniem Bożej prawdy, musiał On nauczać w sposób dostosowany do małego przygotowania ich umysłów i serc na przyjęcie prawdy, mogącej nie bez powodu zaszokować człowieka. A prawdą tą jest, że Bóg z miłość stał się człowiekiem i oddał życie na krzyżu za ludzi, którzy dobrowolnie stali się grzesznikami i wrogami odrzucającymi Go. Umarł na krzyżu i zmartwychwstał, aby swoją potęgą i łaską zamienić ich, grzesznych wrogów, w swoich przyjaciół, bezgranicznie Go kochających.
Św. Paweł dzięki światłu Ducha Świętego pojął tę szokującą prawdę i przekazał nam mówiąc: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy [jeszcze] byli bezsilni. A [nawet] za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Chociaż może jeszcze za człowieka życzliwego odważyłby się ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni. Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie.” (Rz 5,5-10)

Jezus nie zamknął drzwi domu ani Swojego Serca przed ludźmi

„...i całe miasto było zebrane u drzwi” (Mk 1,33). Mieszkańcy miasta przyszli sami lub z chorymi i opętanymi pod drzwi domu, w którym przebywał Jezus. Te drzwi nie były zamknięte, aby Go odizolować od ludzi, których przyszedł zbawić. Przeciwnie, każdy, kto przyszedł do Niego, otrzymał jakiś wielki dar: wiarę, uzdrowienie z choroby lub uwolnienie od złego ducha. On obiecał, że każdy, kto do Niego przychodzi, zostanie obdarowany. Powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. (Mt 11,28) „Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.” (J 6,35) Zbawiciel nigdy nie zamyka drzwi swojego Serca. Otwiera je i przyciąga każdego do Siebie swoją dobrocią i miłością. Trzeba jednak zrobić jeden mały krok, aby zostać obdarowanym ponad wszelką miarę. Tym krokiem może być nawet samo tylko pragnienie spotkania Go i otrzymania od Niego pomocy.

Zło narzucające się lub dobrowolnie wybrane

„Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest”. (Mk 1,34) Jezus uzdrowił ludzi dotkniętych przez choroby i tych, których opanował zły duch. Istnieje coś podobnego w ataku choroby i złych duchów – to mianowicie, że mogą działać niezależnie albo nawet wbrew woli człowieka. Może on bowiem zachorować nawet wtedy, gdy tego nie chce. Podobnie może być kuszony i atakowany przez szatana, chociaż tego nie pragnie. Nieraz jednak jedna i druga forma zła – choroba i atak złych duchów – może być wywołana lub ułatwiona przez samego człowieka. Można bowiem prowadzić taki styl życia i tak się zachowywać, że się zachoruje. Podobnie można narażać się świadomie i dobrowolnie na grzeszenie, szukając bliskich okazji do popełnienia grzechów, np. przebywając w złym towarzystwie, czytając gorszące teksty lub oglądając niemoralne filmy. Przez to można zgrzeszyć, nawet jeśli nie będziemy kuszeni dodatkowo przez złego ducha. „Serce twarde na końcu dozna klęski, a miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie”. (Syr 3,26)
Jezus przywrócił zdrowie wielu chorym i wiele złych duchów wyrzucił, dając uwolnionym ludziom szansę życia w zdrowiu i bez udręk, wywoływanych przez duchy nieczyste. Każdy z tych uzdrowionych i uwolnionych z mocy złego ducha mógł na nowo ułożyć sobie życie. Jak je zorganizował – to pozostaje dla nas tajemnicą. Każdy z nich mógł wychwalać Jezusa lub się od tego powstrzymywać. Osobom opętanym przez złego ducha Jezus zakazywał mówić o Nim. Takiego zakazu nie mieli jednak po uwolnieniu od niego. Mogli, a nawet powinni byli ogłaszać wielkość imienia Tego, który ich wyzwolił i przywrócił im normalne życie. Taki obowiązek spoczywa na nas wszystkich, ponieważ każdy z nas został uwolniony przez Jezusa od jakiegoś zła.

W OKOLICY KAFARNAUM

Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił.35 Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami,36 a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają».37 Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem».38 I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.39 (Mk 1,35-39)

Modlitwa i dobre działanie

„Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił.” (Mk 1,35)

Jezus leczył chorych, wyrzucał złe duchy z opętanych, nauczał słowem i swoimi czynami. Był aktywny, jednak nie zaniedbywał modlitewnego kontaktu ze Swoim Ojcem. Wczesnym rankiem wyszedł na miejsce odosobnione i modlił się. Nigdy nie zapominał o Ojcu. Odszedł na jakiś czas od ludzi, aby potem znowu do nich powrócić. W Jego życiu nie było czegoś takiego, co grozi wielu osobom – rezygnowania z modlitwy na rzecz działania. Jezus pokazał nam swoim przykładem, że w życiu potrzeba i modlitwy, i dobrego działania. Wychodził do ludzi po rozmowie z Ojcem. Szedł do nich, aby wykonywać dzieła zlecone Mu przez Ojca.

Jezus Zbawicielem wszystkich ludzi

„Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem».” (Mk 1,35-38) Szymon wraz z pozostałymi uczniami odnalazł modlącego się wcześnie o poranku na osobności Jezusa. Powiedział Mu, że Jego obecność poruszyła mieszkańców i dlatego wszyscy Go szukają. Jezus jednak nie spełnił pragnienia tych, którzy chcieli Go zagarnąć wyłącznie dla siebie. Syn Boży nie przyszedł bowiem na świat, aby zbawić garstkę ludzi z jakiejś jednej miejscowości. On jest Zbawicielem wszystkich ludzi, dlatego powiedział swoim uczniom: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem” (Mt 1,38). Nie poszedł za radą uczniów, lecz za pragnieniem Ojca niebieskiego, który posłał Go z Dobrą Nowiną o zbawieniu do całego świata. Dal swoim apostołom do zrozumienia, że kiedyś będą kontynuować Jego posłannictwo i nie będą mogli dzieła zbawienia ograniczać do jednej miejscowości czy jednego tylko narodu. Pouczał ich stopniowo, że nie jest Mesjaszem i Zbawicielem jednego narodu, lecz – całego świata.
Postępowanie Jezusa jest ważnym pouczeniem także dla nas. Pokazuje nam, że tak jak On powinniśmy się troszczyć o zbawienie wszystkich ludzi na całym świecie. Żaden człowiek nie może nam być obojętny, jeśli chodzi o jego zbawienie. Nawet jeśli jest naszym wrogiem i krzywdzi nas, to nie możemy mu życzyć potępienia w piekle, lecz powinniśmy się za niego modlić, aby zmienił swoje życie, porzucił zło, nienawiść i wszedł do nieba jako istota, która kocha.

UZDROWIENIE TRĘDOWATEGO

Wtedy przyszedł do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić».40 Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!».41 Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony.42 Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił,43 mówiąc mu: «Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».44 Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.45 (Mk 1,41-45)

Słabość chorego człowieka i Boska potęga ogarniętego litością Jezusa

„Wtedy przyszedł do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!». Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony.” (Mk 1,40-42)
Przyszedł do Jezusa człowiek dotknięty wyjątkowo dotkliwą chorobą – trądem. Choroba ta skazywała człowieka na powolną lecz nieubłaganą śmierć, z dala od zdrowych ludzi. Wywoływała ona rany i powodowała stopniowy rozpad ciała. Z powodu zaraźliwości trędowaci zmuszeni byli żyć daleko od ludzi, którzy zostawiali im żywność gdzieś daleko od nich, aby się z nimi nie spotkać i nie zarazić. Dobrze o tym wszystkim wiedział Jezus, dlatego – na widok proszącego Go o zdrowie trędowatego – ogarnęła go litość. Na jego pokorną prośbę: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”, odpowiedział: „Chcę, bądź oczyszczony!” I stało się tak, jak chciał Jezus i chory człowiek.
Nieraz można się spotkać z poglądem, że mocne pragnienie czegoś powoduje zrealizowanie się tego. Jest to jednak dziwna teoria, bo zakłada, że ludzkie pragnienie posiada Boską moc stwórczą. Taką stwórczą potęgę ma tylko Boskie pragnienie – pragnienie Jezusa, który nie jest zwykłym człowiekiem, lecz prawdziwym Synem Bożym. Przecież samo pragnienie zdrowia przez trędowatego nie przywróciło mu go, a na pewno bardzo chciał być zdrowym. Chociaż bardzo go pragnął, to jednak nadal był chory. Rozumiał dobrze, że jego pragnienia są bezsilne. W swojej pokorze i wierze zrozumiał jednak, że jest jeden człowiek, którego pragnienia się realizują. To Jezus. Czując swoją bezsilność i nie wierząc we wszechmoc swojej woli, padł zatem na kolana przez Człowiekiem-Synem Bożym. Poprosił Go: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. W chwili, gdy Jezus zapragnął oczyszczenia go z trądu, choroba ustąpiła – i to natychmiast.
Wydarzenie zapisane w Ewangelii poucza nas o tym, gdzie i u Kogo należy szukać wszechmocnej woli: nie w sobie, w swoich silnych pragnieniach ani w tzw. pozytywnym myśleniu, lecz w Bogu, w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jeśli człowiek zrozumie swoją bezsilność, to pójdzie do Zbawiciela i otrzyma to, czego mu brakuje. Jeśli jednak uwierzy wyłącznie w swoją moc, w siłę sprawczą swojej woli, to do Boga o pomoc się nie zwróci. Pozostanie słaby i bezsilny, pomimo zarozumiałej wiary w swoją moc.

Trzeba słuchać Boga, a nie tylko mówić

„Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich». Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.” (Mk 1,43 -35) Jezus stanowczo nakazał uzdrowionemu trędowatemu milczenie dotyczące jego uzdrowienia. Nie był to zakaz odnoszący się do wszystkich cudownie uzdrowionych, lecz tylko do tego konkretnego człowieka i w konkretnej sytuacji. Przed opowiadaniem ludziom, co się stało, miał najpierw przed kapłanem złożyć świadectwo o swoim oczyszczeniu z trądu i dostosować się do przepisu Mojżesza, składając ofiarę za swoje oczyszczenie. Uzdrowiony jednak nie dostosował się do polecenia Jezusa i nie zachował milczenia. Uznał widocznie, że nakaz jest bezzasadny, zapewne też nie potrafił opanować emocji. Zaczął wiele opowiadać o Nim i o tym, co się wydarzyło. Nadgorliwość uzdrowionego człowieka wywołała ogromne poruszenie wśród ludzi i spowodowała, że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta i tam nauczać. Przez swoje nieposłuszeństwo Jezusowi uzdrowiony trędowaty przeszkodził Mu nauczać w mieście, zmuszając Go do przebywania w miejscach pustynnych. Sam doznał wielkiej łaski uzdrowienia z trądu, którą się cieszył, ale mieszkańców miasta pozbawił słowa Bożego, głoszonego przez Jezusa. Przyczynił się wprawdzie do zdobycia przez Zbawiciela rozgłosu, jednak w tym wypadku wywołane poruszenie nie pomogło, lecz przeszkodziło Mu w głoszeniu jakże potrzebnego człowiekowi słowa Bożego. Dla osiągnięcia zbawienia jest ono ważniejsze niż zdrowie ciała. Gdyby uzdrowiony zaczął opowiadać o cudzie po uprzednim pójściu do kapłana, to jego mówienie nie byłoby tak szkodliwe, jak robienie rozgłosu wokół osoby Jezusa zaraz po dokonanym przez Niego cudzie.
Słuchanie Jezusa i posłuszeństwo Jego poleceniom byłoby lepsze niż nierozważne mówienie o Nim wbrew wyraźnemu zakazowi z Jego strony. Ewangelizowanie, mówienie o Bogu jest dobre, jednak zawsze musi być poprzedzone słuchaniem Go. Tylko wsłuchiwanie się w Jego głos i polecenia może nas uchronić przed szkodliwym mówieniem i działaniem. Trzeba do Boga mówić na modlitwie i rozgłaszać przed ludźmi Jego wspaniałość, jednak nasze działanie dla Jego chwały powinno się łączyć ze wsłuchiwaniem się w Jego głos, z chęcią odczytania Jego woli i pragnień, tak jak to zawsze czyniła Maryja.

Uzdrowiony trędowaty miał być świadkiem niezwykłej potęgi Jezusa przed kapłanami

„Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».” (Mk 1,43-44) Zbawiciel polecił uzdrowionemu z trądu człowiekowi nikomu nic nie mówić o cudzie, ale iść i pokazać się kapłanowi. Miał się dostosować do przepisów Mojżesza, dotyczących ofiary oczyszczenia (por. Kpł 14,1-32). To kapłani jako pierwsi mieli się dowiedzieć o cudzie, dokonanym przez Jezusa. Uzdrowiony z trądu człowiek miał jak najszybciej wykonać to zadanie, dlatego Jezus zaraz go odprawił. Zbawicie wiedział, że kapłani bardzo potrzebowali świadectwa o Jego wielkości, aby zaczęli się zastanawiać, kim jest Ten, który czyni tak wielkie cuda. To oni, kapłani, gdyby uwierzyli w Jezusa, mogliby nauczać o Nim i przyciągać tłumy do Niego. Jezus przewidywał, jak wielka wobec Niego będzie ich niechęć i wrogość, dlatego robił wszystko co możliwe, aby ich zbawić. Został bowiem posłany do wszystkich jako Zbawiciel – także do nich. Natychmiast zatem odprawił do nich uzdrowionego, aby jak najszybciej dowiedzieli się o tym, co się z nim stało i komu zawdzięcza swoje zdrowie. Uzdrowiony z trądu miał być głosicielem niezwykłości Jezusa najpierw przed kapłanami. Takie zadanie zlecił mu Jezus, szybko go odprawiając i nakazując mu surowo milczenie. Nie miał się zatrzymywać, aby ludziom opowiadać o doznanej łasce, lecz jak najszybciej udać się do kapłanów i złożyć przepisaną przez Mojżesza ofiarę „na świadectwo dla nich”.



DRUGI ROZDZIAŁ EWANGELII WEDŁUG ŚW. MARKA

(Omówienie prawd wiary dla małych dzieci można znaleźć tutaj)

Autor komentarza: ks. Michał Kaszowski



Tytuły rozważań